Miłość na rozdrożu: Historia Marty między mężem a rodziną

– Nie wytrzymam dłużej, Marta! Twoja matka patrzy na mnie, jakbym był złodziejem, a twój brat nawet nie chce ze mną rozmawiać! – Krzysiek rzucił klucze na stół, jego głos drżał od złości i bezsilności. Stałam pośrodku salonu, ręce miałam lodowate, a w gardle czułam gulę. Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek, co mogłoby załagodzić sytuację, ale słowa ugrzęzły mi w ustach.

– Krzysiek, proszę… Oni są moją rodziną. Nie mogę ich tak po prostu wykreślić z życia. Wiesz, jak bardzo są dla mnie ważni – wyszeptałam, ale on już odwrócił się na pięcie i zamknął się w sypialni z hukiem.

Tak wygląda moje życie od ponad roku. Trzy lata temu, kiedy w białej sukni stałam przed ołtarzem w kościele św. Wojciecha w Toruniu, byłam pewna, że razem z Krzyśkiem pokonamy każdą przeszkodę. On był moją opoką, najlepszym przyjacielem, człowiekiem, który nauczył mnie kochać bezwarunkowo. Moja mama, Teresa, płakała ze szczęścia, tata Andrzej ściskał Krzyśka za rękę z dumą i akceptacją. Mój brat Michał żartował, że Krzysiek będzie musiał przejść „test pierogów”, żeby zostać prawdziwym członkiem rodziny.

Wszystko zmieniło się, gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy. Krzysiek dostał pracę w dużej firmie informatycznej, ja kontynuowałam pracę jako pielęgniarka w szpitalu na Banacha. Przez pierwsze miesiące byliśmy szczęśliwi – razem odkrywaliśmy miasto, chodziliśmy na spacery po Łazienkach, w weekendy jeździliśmy na bazar po świeże warzywa. Ale potem zaczęły się pierwsze problemy. Moja rodzina często nas odwiedzała – mama przywoziła domowe ciasta, tata naprawiał wszystko, co się zepsuło w mieszkaniu, Michał wpadał z kolegami na mecze Legii.

Krzysiek początkowo był uprzejmy, ale z czasem stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. Zaczął narzekać, że nie mamy prywatności, że czujemy się jak goście we własnym domu.

– Marta, twoi są tu cały czas! Nie widzisz, że potrzebujemy spokoju? – mówił cicho, ale stanowczo.

Próbowałam rozmawiać z mamą:

– Mamo, może moglibyście przyjeżdżać trochę rzadziej? Krzysiek się…

Nie dała mi dokończyć.

– Marta, przecież jesteśmy rodziną! Teraz, kiedy wyszłaś za mąż, już nie masz dla nas czasu? – spojrzała na mnie z takim smutkiem, że aż ścisnęło mnie w środku.

Kłótnie stawały się coraz częstsze. Pewnego wieczoru tata naprawiał kran i przypadkiem ochlapał Krzyśka wodą. Krzysiek wybuchł:

– Dość! To już nie jest wasz dom! Marta i ja mamy swoje życie!

Tata wyszedł bez słowa. Zostałam między nimi – rozpięta jak most pod naporem dwóch zwaśnionych brzegów.

Po tym incydencie Krzysiek przestał rozmawiać z moją rodziną. Nie odbierał telefonów ani nie odpisywał na wiadomości. Kiedy przyjeżdżali do Warszawy, wychodził z domu pod pretekstem pracy lub spotkań ze znajomymi. Mama błagała mnie, żebym go namówiła na wspólny obiad wielkanocny; odmówił bez słowa.

– Marta, co on ci zrobił? Dlaczego nas unika? – pytała mama przez łzy. Nie miałam odpowiedzi. Zaczęłam kłamać – wymyślałam delegacje służbowe, choroby, byle tylko ukryć prawdę: mój mąż nie chce mieć nic wspólnego z moją rodziną.

W środku toczyła się we mnie codzienna walka. Kochałam Krzyśka – był czuły i troskliwy, kiedy byliśmy sami. Potrafił mnie rozbawić nawet po najcięższym dyżurze. Ale czułam się winna wobec rodziców, którzy wychowali mnie z taką miłością i poświęceniem. Michał powiedział mi kiedyś:

– Siostra, nie poznaję cię już. Jakbyś zniknęła odkąd jesteś z nim.

Te słowa bolały najbardziej.

Pewnego wieczoru siedziałam sama przy kuchennym stole. Krzysiek wszedł i powiedział cicho:

– Marta, nie dam rady tak dalej. Albo oni albo ja.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Co to znaczy? Mam wybierać między tobą a rodziną?

– Wiesz co o nich myślę. Nigdy mnie nie zaakceptowali. Czuję się jak intruz za każdym razem, gdy tu są. Jeśli chcesz być ze mną, musisz postawić granice. Inaczej…

Głos mu się załamał.

Tej nocy nie zmrużyłam oka. Przewracałam się w łóżku słuchając ciszy głośniejszej niż jakakolwiek kłótnia. Przypomniałam sobie dzieciństwo w Toruniu – zapach drożdżowego ciasta babci, śmiech przy stole, poczucie bezpieczeństwa wśród bliskich. Przypomniałam sobie też pierwsze dni z Krzyśkiem – jak marzyliśmy o wspólnym życiu bez granic i warunków.

Przez kolejne tygodnie próbowałam znaleźć kompromis. Zaproponowałam, żeby moi rodzice przyjeżdżali rzadziej albo żebyśmy to my ich odwiedzali w Toruniu zamiast zapraszać ich do nas. Krzysiek zgodził się niechętnie, ale napięcie nie znikało. Każdy telefon od mamy był powodem do nowej kłótni.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam Krzyśka pakującego walizkę.

– Co robisz? – zapytałam drżącym głosem.

– Jadę do Tomka na kilka dni. Muszę przemyśleć wszystko – odpowiedział cicho.

Zostałam sama w mieszkaniu, które przestało być domem a stało się polem bitwy między dwiema najważniejszymi dla mnie stronami.

Dziś siedzę na parapecie i patrzę na krople deszczu spływające po warszawskich dachach. Zastanawiam się: czy można kochać kogoś, kto żąda od nas wyrzeczenia się części siebie? Gdzie kończy się miłość do partnera a zaczyna zdrada własnej krwi?

Może wy znacie odpowiedź lepiej ode mnie…