Spowiedź o 17:30 – Prawda za kościelnymi drzwiami
– Znowu wychodzisz? – zapytałam, starając się ukryć drżenie w głosie. Stałam w kuchni, trzymając w dłoniach kubek z herbatą, który już dawno wystygł. Michał spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, jakby nie słyszał nuty niepokoju.
– Wiesz, że spowiedź jest o 17:30. Chcę być wcześniej, żeby się przygotować – odpowiedział spokojnie, zakładając płaszcz. Jego ruchy były mechaniczne, niemal rytualne. Odkąd zaczął codziennie chodzić do kościoła, wszystko w naszym domu podporządkowane było godzinom mszy i spowiedzi. Na początku myślałam, że to dobrze – że wiara go zmienia, że odnajduje spokój po tych wszystkich burzach, które przeszliśmy. Ale z czasem zaczęłam czuć się jak widmo w naszym własnym domu.
Zamknęły się za nim drzwi. Zostałam sama z ciszą, która dzwoniła mi w uszach głośniej niż jakiekolwiek słowa. Próbowałam sobie wmówić, że wszystko jest w porządku. Że Michał po prostu potrzebuje czasu dla siebie, że modlitwa to jego sposób na radzenie sobie ze stresem w pracy i problemami finansowymi. Ale coś we mnie krzyczało – intuicja, której nie mogłam już dłużej ignorować.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poczułam ten niepokój. Było zimno, śnieg padał gęsto za oknem. Michał wrócił późno z kościoła i był dziwnie rozkojarzony. Nie chciał rozmawiać, unikał mojego wzroku. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko zmęczenie. Ale potem zaczęły się telefony – ciche rozmowy na korytarzu, wiadomości kasowane szybciej niż zdążyłam zapytać, kto dzwonił.
– Co się z tobą dzieje? – zapytałam pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy razem przy kolacji. – Odsuwasz się ode mnie. Nawet nie patrzysz mi w oczy.
Michał westchnął ciężko i odsunął talerz.
– Nie rozumiesz mnie – powiedział cicho. – Potrzebuję przestrzeni. Kościół mi ją daje.
Nie chciałam naciskać. Bałam się odpowiedzi, której mogłabym nie udźwignąć.
Ale prawda zaczęła wychodzić na jaw powoli, jak krople wody sączące się przez pęknięcie w ścianie. Najpierw była sąsiadka, pani Halina, która powiedziała mi przypadkiem:
– Twój Michał to taki dobry człowiek. Zawsze pomaga tej nowej katechetce… Jak jej tam… Agnieszka?
Zamarłam. Nigdy nie słyszałam o żadnej Agnieszce.
Od tego dnia zaczęłam obserwować Michała uważniej. Każde jego wyjście do kościoła było dla mnie jak kolejne ukłucie igły. Zaczęłam sprawdzać jego kieszenie, szukać śladów – paragonów, karteczek, czegokolwiek. Czułam się podle, ale nie mogłam inaczej.
Pewnego popołudnia postanowiłam pójść za nim. Serce waliło mi jak młotem, gdy szłam kilka kroków za nim przez zasypane śniegiem chodniki Warszawy. Weszłam do kościoła i usiadłam w ostatniej ławce. Michał klęczał przy konfesjonale, a obok niego stała młoda kobieta o długich ciemnych włosach – musiała to być Agnieszka.
Patrzyli na siebie z takim zrozumieniem i czułością, jakiej nie widziałam w oczach Michała od miesięcy. Po chwili wyszli razem na zakrystię. Siedziałam tam jeszcze długo, próbując zebrać myśli.
Wieczorem Michał wrócił do domu jak gdyby nigdy nic.
– Jak było? – zapytałam spokojnie.
– Dobrze – odpowiedział krótko i poszedł pod prysznic.
Nie wytrzymałam. Musiałam wiedzieć prawdę.
Następnego dnia poczekałam aż wyjdzie i zadzwoniłam do parafii pod pretekstem zapisania się na rekolekcje. Rozmowa z księdzem była krótka, ale wystarczyła mi jedna informacja:
– Tak, Michał bardzo pomaga pani Agnieszce przy organizacji spotkań młodzieży… Są nierozłączni!
Nierozłączni… To słowo dźwięczało mi w głowie przez cały dzień.
Wieczorem postanowiłam porozmawiać z Michałem otwarcie.
– Kim dla ciebie jest Agnieszka? – zapytałam bez ogródek.
Zamarł na chwilę. Widziałam strach w jego oczach.
– To tylko koleżanka z parafii… Pomagam jej przy katechezie – próbował się tłumaczyć.
– Nie kłam mi! – krzyknęłam przez łzy. – Wiem wszystko! Wiem o waszych spotkaniach po spowiedzi! Wiem o waszych rozmowach!
Michał spuścił głowę. Przez chwilę milczał, a potem wyszeptał:
– Przepraszam… Nie chciałem cię zranić… To wszystko wymknęło się spod kontroli…
Wtedy poczułam, jakby cały świat zawalił mi się na głowę. Wszystkie nasze wspólne lata, plany i marzenia rozsypały się jak domek z kart.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Michał próbował tłumaczyć się jeszcze kilka razy, ale ja już nie chciałam słuchać. Zdrada bolała mnie bardziej niż mogłam sobie wyobrazić.
Najgorsze były noce – leżałam w łóżku i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy powinnam była wcześniej zauważyć sygnały?
Po kilku tygodniach podjęłam decyzję o rozstaniu. Michał wyprowadził się do swojej matki na Pradze. Zostałam sama w naszym mieszkaniu pełnym wspomnień i niedokończonych rozmów.
Dziś patrzę na tamte wydarzenia z dystansem i zastanawiam się: czy można naprawdę poznać drugiego człowieka? Czy zaufanie to dar czy przekleństwo? Może czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego… Ale czy wtedy można być naprawdę szczęśliwym?