Dwa razy złamane serce: Czy można wybaczyć własnej matce niewybaczalne?

– Lucyna, musisz mi zaufać. Przecież jestem ich babcią, kocham ich nad życie – powtarzała mama, patrząc mi prosto w oczy, gdy po raz pierwszy zostawiałam u niej chłopców na noc. W jej głosie słyszałam nutę zniecierpliwienia, jakby nie mogła zrozumieć, skąd we mnie tyle niepokoju. Ale przecież to była moja mama, kobieta, która wychowała mnie sama po śmierci ojca. Zawsze powtarzała, że rodzina to wszystko, co mamy.

Tamtego wieczoru, kiedy wracałam do pustego mieszkania, czułam się dziwnie lekka. Po raz pierwszy od miesięcy miałam chwilę tylko dla siebie. Zrobiłam sobie herbatę, usiadłam na kanapie i pozwoliłam sobie na łzy – nie ze smutku, ale z ulgi. Nie wiedziałam jeszcze, że właśnie wtedy zaczyna się najgorszy rok mojego życia.

Pierwszy raz zadzwoniła do mnie o 3:17 w nocy. – Lucynka, Staś nie oddycha! – krzyczała do słuchawki. Pamiętam, jak wypadłam z łóżka, jakby ktoś mnie wyrzucił z katapulty. Biegłam przez ciemne ulice, nie czując zimna ani bólu w stopach. Kiedy wbiegłam do mieszkania mamy, zobaczyłam ją klęczącą przy Stasiu. Był już siny. Pogotowie przyjechało po kilku minutach, ale wiedziałam, zanim lekarz cokolwiek powiedział – Staś nie żył.

Lekarze mówili o nagłej śmierci łóżeczkowej. Mama płakała razem ze mną, tuliła mnie i powtarzała: „To nie twoja wina, Lucynko. To nie twoja wina.” Przez wiele tygodni żyłyśmy jak w transie. Ja nie mogłam spać, ona nie wychodziła z domu. Ale życie musiało toczyć się dalej – miałam jeszcze Jasia.

Po kilku miesiącach wróciłam do pracy. Mama sama zaproponowała, że zajmie się Jasiem. – Musisz wrócić do ludzi, Lucynko. Ja się nim zaopiekuję najlepiej na świecie – mówiła z przekonaniem. Widziałam w jej oczach cień rozpaczy, ale też determinację. Chciała mi pomóc.

Tym razem tragedia wydarzyła się w dzień. Dostałam telefon od sąsiadki mamy: – Lucyna, przyjedź natychmiast! Twoja mama zamknęła się w łazience, a Jaś leży sam na podłodze! – krzyczała przez łzy. Kiedy wbiegłam do mieszkania, zobaczyłam Jasia bezwładnego na dywanie i mamę zamkniętą w łazience. Policja musiała wyważyć drzwi.

Jaś nie żył. Sekcja wykazała zatrucie lekami nasennymi.

Świat przestał istnieć. Nie pamiętam pogrzebu Jasia ani rozmów z policją. Pamiętam tylko zimno i ciszę w mieszkaniu mamy podczas przesłuchania. Siedziała skulona na krześle, patrząc w podłogę.

– Mamo… powiedz mi prawdę – wyszeptałam drżącym głosem.

– Lucynko… ja tylko chciałam odpocząć… Ja nie spałam od miesięcy… Dałam mu tylko pół tabletki… Myślałam, że nic mu nie będzie…

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Patrzyłam na nią i czułam, jak coś we mnie umiera.

Proces trwał miesiącami. Media rozpisywały się o „babci-morderczyni”. Sąsiedzi przestali się do mnie odzywać. W pracy patrzono na mnie z litością albo podejrzliwością. Każdego dnia budziłam się z pytaniem: jak mogłam być tak ślepa? Jak mogłam zaufać własnej matce?

W sądzie mama płakała i przepraszała. Jej adwokat mówił o depresji i przemęczeniu. Prokurator żądał surowej kary.

W domu znalazłam jej pamiętnik. Pisała o tym, jak bardzo boi się samotności, jak nie radzi sobie z opieką nad dziećmi i jak bardzo chce być dla mnie wsparciem, ale czuje się coraz słabsza. Pisała też o tym, że boi się powiedzieć mi prawdę – że czasem ma myśli samobójcze.

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie jej wybaczyć. Straciłam dwóch synów i matkę jednocześnie. Każdego dnia pytam siebie: czy mogłam to przewidzieć? Czy mogłam uratować swoje dzieci?

Czasem budzę się w środku nocy i słyszę ich głosy. Czasem widzę mamę siedzącą samotnie na ławie oskarżonych i myślę: czy ona naprawdę zasługuje na nienawiść? Czy ja zasługuję na przebaczenie?

A Wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś tak bliskiemu? Czy można odbudować rodzinę po takiej tragedii?