„Nie wszystko złoto, co się świeci: Moja walka o prawdę i szacunek w polskiej rodzinie biznesowej”
– Naprawdę myślisz, że ona się nadaje? – głos teściowej przeszył powietrze jak nóż. Siedziałam przy stole w salonie, z widelcem zawieszonym nad niedojedzonym schabowym, udając, że nie słyszę. Wokół mnie gwar rozmów, śmiechy, a ja – obca wśród swoich.
Marek, mój narzeczony, ścisnął mnie za ramię. – Mamo, daj spokój. Anka jest świetna – rzucił z wymuszonym uśmiechem.
Pani Barbara zmierzyła mnie wzrokiem. – Świetna? Nawet nie umie zrobić porządnego rosołu. Wczoraj dolała bulionu z kostki! – wycedziła przez zęby, a jej córka, Justyna, parsknęła śmiechem.
Zacisnęłam dłonie na serwetce. Od miesięcy znosiłam te docinki. „Miastowa”, „karierowiczka”, „za mądra na własne szczęście” – tak mnie nazywali. Udawałam, że nie rozumiem aluzji, bo tak było łatwiej. Ale każda taka uwaga wbijała się we mnie głębiej niż mogliby przypuszczać.
Marek nachylił się do mnie i szepnął: – Nie przejmuj się, zaraz pójdziemy.
Uśmiechnęłam się blado. – Jasne, nie przejmuję się – skłamałam.
W łazience wyjęłam telefon i przeczytałam wiadomość od mojego szefa, pana Nowaka: „Anka, masz już dostęp do dokumentów firmy Kowalskich? Potrzebujemy szczegółów przed jutrzejszym spotkaniem z inwestorami.” Odpisałam: „Jeszcze nie. Marek obiecał mi pomóc.”
Nie byłam tu tylko narzeczoną Marka. Byłam też prawniczką w kancelarii Nowaka i to właśnie ja miałam rozpracować machinacje finansowe rodziny Kowalskich – potentatów na rynku budowlanym w Warszawie. Marek był ich synem. Nasz związek miał być mostem do współpracy, ale szybko zrozumiałam, że jestem tylko pionkiem w większej grze.
Wróciłam do salonu. Barbara już rozmawiała z mężem, panem Januszem:
– Ta dziewczyna nie ma pojęcia o życiu. Co ona wie o prowadzeniu firmy? O rodzinie?
Janusz spojrzał na mnie z góry. – Może się nauczy. Marek też był kiedyś zielony.
Justyna dodała: – Ale Marek to nasz syn. A ona? Przypadek z miasta.
Zacisnęłam zęby i usiadłam na kanapie obok Marka. On objął mnie ramieniem, jakby chciał mnie ochronić przed ich jadem. Ale wiedziałam już, że jestem sama.
Wieczorem Marek zapytał:
– Anka, czemu tak milczysz? Przecież wiesz, że dla mnie jesteś najważniejsza.
Spojrzałam mu w oczy. – Naprawdę? Bo czasem mam wrażenie, że dla ciebie ważniejsza jest firma twojego ojca.
Westchnął ciężko. – Nie rozumiesz… Oni mają swoje zasady. Musisz się dostosować.
– A może to oni powinni się zmienić? – rzuciłam ostro.
Następnego dnia pojechałam do kancelarii. Pan Nowak czekał na mnie z kawą.
– I jak? Masz coś dla nas?
Pokręciłam głową. – Jeszcze nie. Ale wiem jedno: Kowalscy coś ukrywają. Słyszałam rozmowę Barbary z Januszem o „lewych fakturach” i „praniu pieniędzy” przez spółkę-córkę w Gdańsku.
Nowak uśmiechnął się pod nosem. – Wiedziałem, że cię nie docenią.
Przez kolejne tygodnie zbierałam informacje: podsłuchiwałam rozmowy podczas rodzinnych obiadów, przeglądałam dokumenty zostawione na stole przez Marka, notowałam każde podejrzane słowo. Udawałam naiwną narzeczoną, która nie rozumie żartów o „pustych fakturach” i „znajomych księgowych”.
Pewnego wieczoru Marek wrócił do domu późno i był wyraźnie zdenerwowany.
– Co się stało? – zapytałam.
– Ojciec chce mnie wysłać do Gdańska na kilka miesięcy. Podobno mam się nauczyć prowadzić tamtejszą spółkę.
Zrozumiałam: chcieli go odsunąć od Warszawy, bo podejrzewali, że może być nielojalny wobec rodziny przez związek ze mną.
Tego samego dnia dostałam anonimowego maila: „Uważaj na Kowalskich. Mają ludzi wszędzie.” Serce mi zamarło. Czy ktoś wiedział o mojej podwójnej roli?
Następnego dnia podczas obiadu Barbara nagle zwróciła się do mnie:
– Aniu, a ty co sądzisz o kobietach w biznesie?
Spojrzałam jej prosto w oczy.
– Uważam, że kobiety są równie kompetentne jak mężczyźni. Czasem nawet bardziej.
Janusz parsknął śmiechem.
– No proszę! Feministka nam się trafiła!
Justyna dodała: – Z takimi poglądami daleko nie zajdziesz w tej rodzinie.
Marek próbował załagodzić sytuację:
– Dajcie spokój! Anka jest świetna w tym co robi!
Barbara spojrzała na mnie chłodno:
– Zobaczymy jak długo…
Po tym obiedzie Marek był wyraźnie przygaszony.
– Moja matka nigdy cię nie zaakceptuje – powiedział cicho.
– To nie moja wina – odpowiedziałam twardo.
Wieczorem zadzwonił pan Nowak:
– Anka, musimy działać szybko. Jutro rano spotkanie z prokuraturą. Masz dowody?
Przesłałam mu zdjęcia dokumentów i nagrania rozmów Barbary z Januszem o przekrętach finansowych.
– To wystarczy – powiedział Nowak. – Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?
Zadrżałam. Wiedziałam, że jeśli to wyjdzie na jaw, stracę Marka i całą iluzję rodziny.
– Tak – odpowiedziałam po chwili ciszy. – Ktoś musi ich powstrzymać.
Następnego dnia rano policja weszła do siedziby firmy Kowalskich. Barbara i Janusz zostali zatrzymani za oszustwa podatkowe i pranie brudnych pieniędzy. Justyna próbowała uciec do Niemiec, ale zatrzymano ją na granicy.
Marek zadzwonił do mnie wieczorem:
– To ty… Ty ich wydałaś?
Milczałam przez chwilę.
– Musiałam to zrobić, Marek. Prawo jest ważniejsze niż lojalność wobec ludzi, którzy łamią zasady.
Usłyszałam tylko jego oddech po drugiej stronie słuchawki.
– Nienawidzę cię…
Rozłączył się.
Przez kolejne dni media huczały o aferze Kowalskich. Ja wróciłam do pracy w kancelarii Nowaka. Koledzy gratulowali mi odwagi, ale ja czułam pustkę.
Wieczorami patrzyłam na pierścionek zaręczynowy leżący na dnie szuflady i zastanawiałam się: czy warto było poświęcić miłość dla sprawiedliwości? Czy można być szczęśliwym wiedząc, że zburzyło się czyjś świat?
Czasem myślę o Marku i jego rodzinie. Czy kiedykolwiek mi wybaczą? Czy ja sama sobie wybaczę?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy lojalność wobec bliskich powinna być ważniejsza niż prawda?