Zadzwonił telefon z nieznanego numeru. To, co usłyszałam, zmieniło moje życie na zawsze

Zadzwonił telefon. Numer nieznany. Normalnie nie odebrałabym – mam w zwyczaju ignorować obce połączenia, bo zazwyczaj to reklamy albo jakieś ankiety. Ale tamtego dnia coś mnie tknęło. Odebrałam.

– Proszę usiąść – powiedział głos w słuchawce. Nie był ani znajomy, ani obcy. Był spokojny, zdecydowany, tak, jakby wiedział, że za chwilę powie coś, co zmieni mój świat.

Serce zaczęło mi walić. Usiadłam na krześle w kuchni, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

– Pani matka miała wypadek. Jest w szpitalu na Banacha. Proszę przyjechać jak najszybciej.

Nie pamiętam, jak się rozłączyłam. Nie pamiętam nawet, jak ubrałam buty i kurtkę. Wiem tylko, że biegłam przez klatkę schodową, potykając się o własne nogi, a potem stałam na przystanku, czekając na autobus, który nigdy nie przyjeżdżał wystarczająco szybko.

Mama. Moja mama, Barbara Nowak – zawsze silna, zawsze opanowana, nawet kiedy tata odszedł do innej kobiety i zostawił nas z długami i niespełnionymi obietnicami. To ona trzymała nasz dom w ryzach, to ona mówiła: „Nie martw się, Marto, damy radę”.

W szpitalu czuć było zapach środków dezynfekujących i strachu. Lekarz – młody, z podkrążonymi oczami – powiedział mi tylko tyle: „Stan ciężki, ale stabilny. Proszę poczekać”.

Siedziałam na plastikowym krześle pod salą intensywnej terapii i patrzyłam na drzwi, za którymi leżała moja mama. Wtedy zadzwonił drugi raz ten sam numer.

– Pani Marto? – zapytał ten sam głos. – Musimy porozmawiać. To ważne.

– Kim pan jest? – zapytałam drżącym głosem.

– Nazywam się Andrzej Zieliński. Jestem… – zawahał się – …jestem państwa rodziną.

Zamarłam. Zieliński? Nie znałam nikogo o tym nazwisku.

– Proszę przyjechać do kawiarni „Pod Lipą” na Żoliborzu. Muszę pani coś pokazać.

Chciałam odmówić, ale coś w jego głosie sprawiło, że nie mogłam przestać myśleć o tej rozmowie. Kiedy lekarz powiedział mi, że mogę wrócić jutro rano, pojechałam tam jak zahipnotyzowana.

W kawiarni siedział mężczyzna około sześćdziesiątki. Miał siwe włosy i spojrzenie kogoś, kto widział już za dużo w życiu.

– Dziękuję, że pani przyszła – powiedział cicho. – Proszę usiąść.

Usiadłam naprzeciwko niego, czując się jak w złym filmie.

– Pani matka… Barbara… była moją żoną – zaczął powoli. – Zanim poznała pana Nowaka.

Zatkało mnie.

– Co pan mówi? Mama nigdy o panu nie wspominała!

– Rozstaliśmy się dawno temu. Byliśmy młodzi… Ona zaszła w ciążę…

Zrobiło mi się słabo.

– Chce mi pan powiedzieć…

– Tak. Jestem pani ojcem biologicznym.

Świat zawirował. Przez chwilę nie mogłam oddychać.

– To niemożliwe… Tata…

– Pan Nowak wychował panią jak własną córkę. Ale Barbara nigdy nie miała odwagi powiedzieć prawdy.

Wstałam gwałtownie od stolika.

– Dlaczego teraz? Dlaczego mi to pan mówi?

Andrzej spojrzał na mnie smutno.

– Bo Barbara jest ciężko chora. I bo mam prawo wiedzieć, kim jest moja córka.

Wróciłam do domu jak we śnie. Przez całą noc siedziałam na łóżku i patrzyłam w sufit. Przypominały mi się wszystkie chwile z dzieciństwa: tata uczący mnie jeździć na rowerze, mama piekąca szarlotkę w niedzielę… Czy to wszystko było kłamstwem?

Następnego dnia poszłam do szpitala z zamiarem skonfrontowania mamy z tą prawdą. Leżała blada i słaba na łóżku, ale kiedy weszłam do sali, otworzyła oczy i uśmiechnęła się lekko.

– Martusiu…

Usiadłam przy jej łóżku i przez chwilę milczałyśmy.

– Mamo… muszę cię o coś zapytać – zaczęłam cicho. – Kim jest Andrzej Zieliński?

Mama zamknęła oczy i westchnęła ciężko.

– Wiedziałam, że kiedyś będziesz musiała się dowiedzieć…

Opowiedziała mi wszystko: o młodzieńczej miłości, o błędach młodości, o strachu przed samotnością i o tym, jak bardzo chciała dać mi normalny dom. O tym, jak tata Nowak pokochał mnie jak własną córkę i nigdy nie pytał o przeszłość.

Płakałyśmy obie długo tego dnia. Czułam gniew, żal i ulgę jednocześnie. Gniew na mamę za tajemnicę, żal za utracone lata i ulgę, że wreszcie znam prawdę o sobie.

Przez kolejne tygodnie próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie. Spotkałam się jeszcze kilka razy z Andrzejem Zielińskim – moim biologicznym ojcem – i powoli zaczynałam rozumieć jego motywacje. Ale najtrudniejsze było wybaczenie mamie.

Pewnego wieczoru usiadłyśmy razem przy kuchennym stole.

– Mamo… czy żałujesz?

Spojrzała na mnie ze łzami w oczach.

– Żałuję tylko tego, że nie miałam odwagi powiedzieć ci prawdy wcześniej. Ale nigdy nie żałowałam ciebie ani żadnej chwili z tobą.

Przytuliłyśmy się mocno. Wtedy zrozumiałam, że rodzina to nie tylko więzy krwi – to wybory, które podejmujemy każdego dnia.

Czasem zastanawiam się: czy lepiej żyć w błogiej nieświadomości czy znać bolesną prawdę? Czy można wybaczyć kłamstwo z miłości? Co wy byście zrobili na moim miejscu?