Mąż wrócił do domu i spokojnym głosem powiedział, że urodziło mu się dziecko. Świat zawirował mi przed oczami…

Para z garnka osiadła na moich okularach jak mgła. Usłyszałam stuk kluczy o blat i ten jego zwyczajowy, miękki oddech, gdy zdejmuje płaszcz. „Chłopiec. Zdrowy.” – powiedział tonem, jakim zwykle mówi się „kupiliśmy chleb”. Nie krzyczałam. Trzymałam chochlę tak mocno, że metal przeciął mi skórę między kciukiem a palcem wskazującym. Krew zmieszała się z sosem pomidorowym.

– Co ty powiedziałeś? – zapytałam, nie odwracając się od kuchenki. Mój głos był cichy, ale w środku czułam, jakby ktoś rozrywał mnie na strzępy.

– Urodziło mi się dziecko. Chłopiec. Marta zadzwoniła rano. – Jego głos był spokojny, niemal obojętny.

Marta. Imię, które zawsze pojawiało się gdzieś na marginesie jego życia. Koleżanka z pracy, z którą czasem jeździł na delegacje do Warszawy. Zawsze mówił o niej z dystansem, a ja nigdy nie miałam powodu, by podejrzewać cokolwiek złego. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Odwróciłam się powoli. Zobaczyłam jego twarz – zmęczoną, ale nie skruszoną. Stał w przedpokoju, jakby nic się nie stało, jakby to była zwykła środa.

– I co teraz? – zapytałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.

– Nie wiem – odpowiedział. – Musiałem ci powiedzieć.

Usiadłam przy stole. Ręka mi drżała, a chochla upadła na podłogę z głuchym stukiem. W kuchni pachniało obiadem, który już nigdy nie będzie smakował tak samo.

Przez kolejne minuty siedzieliśmy w milczeniu. W głowie miałam tysiące pytań: Jak długo to trwało? Dlaczego? Czy mnie jeszcze kocha? Czy to ja zrobiłam coś nie tak?

– Od kiedy? – zapytałam w końcu.

– Od dwóch lat – odpowiedział bez wahania.

Dwa lata. Dwa lata życia w kłamstwie. Dwa lata śmiechów przy wspólnych kolacjach, planowania wakacji nad Bałtykiem, rozmów o przyszłości naszej córki Zosi.

Zosia weszła do kuchni w tym momencie, trzymając w ręku zeszyt do matematyki.

– Mamo, pomożesz mi z zadaniem? – zapytała nieświadoma tego, że jej świat właśnie się rozpada.

Spojrzałam na nią i poczułam ból tak ostry, że aż zabrakło mi tchu. Jak mam jej powiedzieć, że tata ma drugie dziecko? Że jej rodzina już nigdy nie będzie taka sama?

Michał – mój mąż – podszedł do niej i pogłaskał ją po głowie. Zosia uśmiechnęła się szeroko.

– Pomogę ci za chwilę, kochanie – powiedziałam drżącym głosem.

Kiedy Zosia wyszła, spojrzałam na Michała z nienawiścią i rozpaczą.

– Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś nas tak okłamywać?

– Nie planowałem tego… To się po prostu stało…

– Po prostu stało?! – wybuchłam. – Dwa lata zdrady to nie jest przypadek!

Zaczął tłumaczyć się banałami: że czuł się samotny, że między nami było coraz mniej bliskości, że Marta była wsparciem w trudnych chwilach w pracy. Słuchałam tego wszystkiego i miałam ochotę rzucić w niego talerzem.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Michał spał na kanapie w salonie. Ja płakałam nocami do poduszki, próbując zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. Moja mama dzwoniła codziennie i pytała, czemu jestem taka przygaszona. Nie miałam siły jej powiedzieć prawdy.

W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku. Koleżanki plotkowały o nowych serialach i promocjach w Biedronce, a ja myślałam tylko o tym, czy powinnam wybaczyć Michałowi dla dobra Zosi czy odejść i zacząć wszystko od nowa.

Pewnego wieczoru usiadłam z Michałem przy stole. Zosia spała już w swoim pokoju.

– Co zamierzasz zrobić? – zapytałam cicho.

– Nie wiem… Chcę być ojcem dla tego dziecka… Ale nie chcę cię stracić…

– Już mnie straciłeś – odpowiedziałam szczerze.

Widziałam łzy w jego oczach pierwszy raz od lat. Może nawet pierwszy raz w ogóle.

– Przepraszam…

Nie odpowiedziałam nic. Przeprosiny nie cofną dwóch lat kłamstw.

Następnego dnia zadzwoniła Marta. Odebrałam telefon przez przypadek – numer był nieznany.

– Halo? – powiedziałam ostrożnie.

– Dzień dobry… Czy mogę rozmawiać z Michałem? Tu Marta…

Zamarłam. Przez chwilę milczałam, potem odpowiedziałam:

– Michała nie ma w domu. Proszę więcej tu nie dzwonić.

Rozłączyłam się i poczułam ulgę pomieszaną z wściekłością. Jak ona śmiała dzwonić do naszego domu?

Wieczorem powiedziałam Michałowi o telefonie.

– Muszę się z nią spotkać – powiedział cicho.

– Idź – odpowiedziałam zimno. – Ale nie wracaj później do mnie z pustymi przeprosinami.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Zosia zaczęła zadawać pytania: czemu tata śpi osobno, czemu mama płacze wieczorami?

Nie wiedziałam już, co robić. Rozwód wydawał się jedynym wyjściem, ale bałam się o Zosię. Bałam się samotności i tego, co powiedzą ludzie: sąsiedzi na klatce schodowej, koleżanki z pracy, nawet moja własna matka.

Pewnego dnia pojechałam do Marty. Chciałam zobaczyć ją na własne oczy – tę kobietę, która rozbiła moje życie.

Otworzyła drzwi z niemowlakiem na rękach. Była młodsza ode mnie o kilka lat, zmęczona i przestraszona.

– Przepraszam… Nie chciałam… – zaczęła mówić przez łzy.

Nie słuchałam jej tłumaczeń. Powiedziałam tylko:

– Mam nadzieję, że byłaś tego warta.

Wróciłam do domu i długo patrzyłam w lustro. Kim jestem bez niego? Czy potrafię być szczęśliwa sama?

Dziś mija pół roku od tamtego dnia. Mieszkamy osobno. Michał widuje Zosię co drugi weekend i jeździ do swojego syna. Ja uczę się żyć od nowa – bez niego, ale z godnością.

Czasem myślę: czy można wybaczyć zdradę? Czy warto walczyć o coś, co już dawno umarło?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu?