Kiedy rodzina staje się obca: Historia Kasi i Michała po śmierci cioci Haliny

— Kasia, dzwonił Jarek — Michał wszedł do kuchni, trzymając w dłoni telefon. — W sobotę przyjeżdżają z Martą. Tylko we dwoje. Chcą pogadać.

Zamieszałam herbatę tak energicznie, że kilka kropli rozprysło się na blat. — Oczywiście, pogadać… — prychnęłam. — Pewnie o tej działce. Szykuj się, będzie „sprawiedliwy rodzinny podział”.

Minęły niecałe trzy miesiące od śmierci cioci Haliny. Zostawiła nam z Michałem dwupokojowe mieszkanie w centrum i działkę pod Warszawą. Miało być łatwiej, miało być lepiej. Miało…

Od tamtej pory nie przespałam spokojnie ani jednej nocy. Każdy telefon od Jarka, mojego kuzyna, wywoływał u mnie dreszcze. Marta, jego żona, zawsze była miła, ale od pogrzebu patrzyła na mnie jak na złodziejkę. Jakbyśmy z Michałem coś ukradli.

— Może powinniśmy się z nimi spotkać? — Michał próbował być dyplomatą. — Załatwimy to raz a dobrze.

— Załatwimy? — spojrzałam na niego z wyrzutem. — Oni chcą wszystko dla siebie! Przecież ciocia wyraźnie napisała w testamencie: mieszkanie dla nas, działka do podziału. A oni już kombinują, jak nas wykiwać.

Michał westchnął ciężko i wyszedł z kuchni. Zostałam sama z własnymi myślami i narastającym lękiem. Przez okno widziałam szare niebo i gałęzie drzew, które kołysały się na wietrze. Kiedyś rodzina była dla mnie wszystkim. Teraz czułam się jak na wojnie.

W sobotę przyszli punktualnie. Jarek miał na sobie garnitur, jakby szedł do sądu, a Marta trzymała w rękach teczkę z dokumentami.

— Dzień dobry — powiedziała chłodno, nie patrząc mi w oczy.

Usiedliśmy przy stole w salonie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.

— Słuchajcie — zaczął Jarek, rozkładając papiery. — Chcemy to wszystko załatwić polubownie. Bez sądów, bez kłótni.

— Polubownie? — powtórzyłam z ironią. — To znaczy jak?

Marta spojrzała na mnie ostro. — Działka jest duża, ale podział po połowie nie ma sensu. Proponujemy, żebyście nam ją sprzedali za cenę rynkową. My chcemy ją zatrzymać dla dzieci.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. — A mieszkanie? — spytałam cicho.

— Mieszkanie było w testamencie dla was — powiedział Jarek z wymuszoną uprzejmością. — Ale wiecie… ciocia zawsze mówiła, że wszystko powinno zostać w rodzinie.

— My też jesteśmy rodziną! — wybuchłam nagle. — Przez całe życie pomagałam cioci Halinie! Gdzie byliście przez ostatnie lata? Nawet na święta nie przyjeżdżaliście!

Marta zacisnęła usta i spojrzała na Jarka.

— Kasia… — Michał próbował mnie uspokoić, ale już nie mogłam się powstrzymać.

— Teraz nagle wszyscy chcą być sprawiedliwi! Ale kiedy ciocia była chora, to tylko ja jeździłam do niej z zakupami! To ja trzymałam ją za rękę, kiedy umierała!

W pokoju zapadła cisza tak gęsta, że słychać było tykanie zegara.

Jarek odchrząknął nerwowo. — Rozumiemy twoje emocje, Kasia. Ale chodzi o to, żeby każdy dostał to, co mu się należy.

— A co mi się należy? — zapytałam gorzko.

Marta spojrzała na mnie z pogardą. — Nie musisz być taka dramatyczna. Chcemy tylko uczciwego rozwiązania.

Wstałam gwałtownie od stołu i wyszłam do kuchni. Oparłam się o blat i próbowałam złapać oddech. Słyszałam stłumione głosy z salonu: Michał próbował łagodzić sytuację, Jarek coś tłumaczył Marcie.

Przypomniałam sobie dzieciństwo: wspólne wakacje u cioci Haliny, zabawy na tej samej działce, o którą teraz toczyliśmy bój. Jak mogliśmy tak bardzo się zmienić?

Po godzinie rozmów ustaliliśmy tylko tyle, że nic nie jest ustalone. Jarek i Marta wyszli bez pożegnania.

Wieczorem Michał usiadł obok mnie na kanapie.

— Może rzeczywiście powinniśmy im sprzedać tę działkę? Po co nam ona?

Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.

— To nie chodzi o działkę, Michał… To chodzi o to, że oni traktują nas jak wrogów. Jak obcych ludzi.

Michał objął mnie ramieniem.

— Może po prostu każdy myśli tylko o sobie…

Przez kolejne tygodnie atmosfera gęstniała. Telefony od Jarka stawały się coraz bardziej natarczywe. Raz nawet zagroził sądem.

Nie spałam po nocach, analizując każdy szczegół testamentu cioci Haliny. Próbowałam rozmawiać z mamą, ale ona tylko wzdychała: „Rodzina zawsze się dogada”.

Ale my się nie dogadaliśmy.

Pewnego dnia przyszło pismo z kancelarii prawnej Jarka: żądanie podziału majątku przez sąd.

Poczułam się zdradzona przez wszystkich: przez kuzyna, przez Martę, nawet przez własnego brata, który coraz częściej mówił: „Może lepiej odpuścić?”.

W końcu sprzedałam działkę Jarkowi za połowę ceny rynkowej. Nie miałam już siły walczyć.

Dziś mijam ich czasem na ulicy. Odwracają wzrok albo udają, że mnie nie widzą.

Czasem pytam siebie: czy naprawdę warto było walczyć o kawałek ziemi? Czy rodzina zawsze musi przegrywać z pieniędzmi?

A może to ja byłam naiwna wierząc, że więzy krwi są silniejsze niż testament?