Serce matki kontra przeznaczenie: Moja walka o życie moich córek w cieniu rodzinnych tajemnic

— Joanna, musisz podjąć decyzję TERAZ! — głos doktora Kowalskiego odbijał się echem w mojej głowie, gdy patrzyłam na rozmazane światła szpitalnego korytarza. Czułam, jak serce bije mi w piersi tak mocno, że aż brakowało mi tchu. Obok mnie siedział mój mąż, Marek, blady jak ściana, z dłońmi zaciśniętymi w pięści.

— Ale jak mam wybrać? — wyszeptałam, patrząc na niego błagalnie. — To są nasze dzieci…

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Byłam w ciąży z bliźniaczkami – Zosią i Hanią. Ciąża była trudna od samego początku, ale nie spodziewałam się, że los postawi mnie przed wyborem, który złamie mi serce. Lekarze wykryli u mnie poważne powikłania – zespół HELLP. Każdy dzień był walką o przetrwanie dla mnie i dla moich córek.

Pamiętam ten dzień, kiedy mama zadzwoniła do mnie po raz pierwszy od miesięcy. Nasze relacje były napięte od lat – ona nigdy nie zaakceptowała Marka, uważała, że nie jest dla mnie odpowiedni. — Joasiu, musisz być silna — powiedziała wtedy, ale w jej głosie czułam chłód. — Pamiętaj, że rodzina jest najważniejsza. Nie możesz myśleć tylko o sobie.

A ja myślałam tylko o nich – o moich dziewczynkach. Każde kopnięcie w brzuchu było jak obietnica przyszłości, której mogły nigdy nie zobaczyć. Marek próbował być silny dla mnie, ale widziałam w jego oczach strach. — Jeśli coś ci się stanie… nie dam sobie rady — szeptał nocami, gdy myślał, że śpię.

W szpitalu czas płynął inaczej. Każda godzina była jak wieczność. Lekarze przychodzili i odchodzili, a ja leżałam podpięta do kroplówek, słuchając bicia serc moich córek przez monitor KTG. Pewnej nocy usłyszałam rozmowę pielęgniarek za drzwiami:

— Szkoda tej dziewczyny… taka młoda, a już musi wybierać.
— Może się uda… czasem zdarzają się cuda.

Ale ja wiedziałam, że cuda są rzadkie.

Mój ojciec przyszedł do szpitala tylko raz. Usiadł na krześle przy łóżku i długo milczał. W końcu powiedział:
— Joasiu, twoja matka nie rozumie… Ale ja wiem, że to nie jest wybór, który ktokolwiek powinien podejmować. Cokolwiek zdecydujesz, będę przy tobie.

To były jedyne słowa wsparcia, jakie wtedy usłyszałam.

Marek coraz częściej wybuchał płaczem. — Nie chcę cię stracić! — krzyczał pewnego wieczoru, kiedy lekarze powiedzieli nam wprost: jeśli zdecydujemy się ratować dzieci za wszelką cenę, mogę nie przeżyć porodu. Jeśli zdecydujemy się na wcześniejsze zakończenie ciąży i leczenie mnie – dziewczynki mogą nie przeżyć.

Wtedy zadzwoniła moja siostra, Kasia. — Asia… pamiętasz nasze dzieciństwo? Jak bawiłyśmy się lalkami i marzyłyśmy o własnych rodzinach? — płakała do słuchawki. — Nie mogę ci powiedzieć, co masz zrobić… Ale wiem jedno: cokolwiek wybierzesz, to będzie właściwe.

Każda noc była walką z własnym sumieniem. Modliłam się do Boga o znak, o cud, o cokolwiek. Próbowałam sobie wyobrazić życie bez moich córek… albo życie moich córek bez matki. Czy Marek by sobie poradził? Czy moja mama kiedykolwiek by mi wybaczyła?

W końcu nadszedł dzień decyzji. Lekarze dali mi godzinę na odpowiedź. Siedziałam na łóżku szpitalnym z Markiem po jednej stronie i mamą po drugiej. Mama patrzyła na mnie surowo:
— Joanno, musisz myśleć o sobie! Masz jeszcze całe życie przed sobą!

Marek ścisnął moją dłoń:
— Kocham cię… ale nie chcę cię stracić.

Spojrzałam na monitor KTG – dwa maleńkie serduszka biły równo i mocno. Zamknęłam oczy i poczułam łzy spływające po policzkach.

— Chcę spróbować ratować nas wszystkie — wyszeptałam w końcu. — Jeśli jest choć cień szansy…

Lekarze zgodzili się na próbę cesarskiego cięcia pod ścisłą kontrolą. Operacja trwała wieczność. Pamiętam światło lamp operacyjnych i głos anestezjologa:
— Joanno, wszystko będzie dobrze…

Obudziłam się na OIOM-ie. Obok mnie siedział Marek z zapuchniętymi oczami.
— Zosia żyje… Hania walczy — powiedział cicho.

Przez kolejne dni żyliśmy między nadzieją a rozpaczą. Zosia była silniejsza – oddychała sama po tygodniu. Hania miała problemy z sercem i płucami – lekarze nie dawali jej wielkich szans.

Mama przychodziła codziennie i modliła się przy łóżku Hani. Po raz pierwszy zobaczyłam ją płaczącą.
— Przepraszam cię, Joasiu… Nie powinnam była cię oceniać — szepnęła pewnego dnia.

Po trzech tygodniach Hania odeszła w nocy. Trzymałam ją za rączkę do końca.

Zosia rosła silniejsza z każdym dniem. Dziś ma dwa lata i każdego dnia przypomina mi o cudzie życia i cenie miłości matki.

Często wracam myślami do tamtej nocy i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy każda matka jest gotowa poświęcić wszystko dla swoich dzieci? A może czasem trzeba nauczyć się wybaczać sobie samemu?