To nie jest ten mężczyzna, którego poślubiłam: Jak niezadowolenie mojego męża rozbija naszą rodzinę
– Iwona, nie przesadzaj, dzieci płaczą, bo są głodne. – Marcin nawet nie spojrzał na mnie, kiedy z kuchni dobiegł kolejny krzyk Lenki. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując zmyć resztki obiadu. W głowie miałam tylko jedno: to nie jest ten sam człowiek, którego poślubiłam pięć lat temu.
Pamiętam, jak wtedy patrzył na mnie z czułością. Jak obiecywał, że będziemy razem na dobre i na złe. Ale odkąd urodziły się nasze bliźniaki, Kuba i Lenka, wszystko się zmieniło. Marcin wracał z pracy coraz później, a kiedy już był w domu, siedział z nosem w telefonie albo wychodził do garażu. Zostawałam sama z dziećmi, z bałaganem, z niekończącym się zmęczeniem.
Najgorsze jednak przyszło wtedy, gdy do naszego życia coraz mocniej zaczęła wkraczać jego matka – pani Halina. – Iwonko, ty nie umiesz nawet dobrze przewinąć dziecka – mówiła z uśmiechem, który miał być ciepły, ale czułam w nim pogardę. – Za moich czasów kobiety radziły sobie lepiej.
Marcin nigdy mnie nie bronił. Wręcz przeciwnie – czasem miałam wrażenie, że czeka tylko na okazję, by przyznać jej rację. – Mama ma doświadczenie – rzucał krótko i wracał do swojego świata.
Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, zebrałam się na odwagę.
– Marcin, musimy porozmawiać. Tak dalej być nie może.
Spojrzał na mnie obojętnie.
– O czym chcesz rozmawiać? O tym, że jesteś wiecznie zmęczona? Każda matka jest zmęczona.
– Ale ja czuję się sama! Ty mnie nie wspierasz! Twoja mama traktuje mnie jak służącą!
– Przesadzasz. Mama chce pomóc. A ja… Ja też mam swoje problemy.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłam w jego oczach coś nowego – jakby żal do mnie. Jakby to wszystko było moją winą.
Zaczęłam się zastanawiać: może faktycznie przesadzam? Może powinnam być silniejsza? Ale każdej nocy płakałam w poduszkę, słysząc przez ścianę oddech dzieci i cichy szelest telefonu Marcina.
Z czasem pani Halina zaczęła przychodzić coraz częściej. Przynosiła własne jedzenie dla dzieci, przestawiała meble w salonie bez pytania. Pewnego dnia wróciłam ze spaceru i zobaczyłam ją w naszej sypialni.
– Co pani tu robi?
– Przewieszam firanki. Te twoje są za krótkie.
Czułam się jak intruz we własnym domu. Marcin tylko wzruszył ramionami.
Przestałam z nim rozmawiać. Przestałam prosić o pomoc. Zaczęłam robić wszystko sama – kąpać dzieci, gotować, sprzątać, nawet naprawiać cieknący kran. Czułam się jak cień samej siebie.
Któregoś dnia Kuba dostał gorączki. Byłam przerażona – pierwszy raz tak wysoka temperatura! Marcin był w pracy, pani Halina nie odbierała telefonu. Siedziałam przy łóżeczku synka i płakałam ze strachu i bezsilności. Wtedy zadzwoniła moja mama.
– Iwonko, co się dzieje?
Wybuchłam płaczem.
– Mamo, ja już nie daję rady…
Moja mama przyjechała natychmiast. Pomogła mi z Kubą, zrobiła herbatę, posprzątała kuchnię. Poczułam ulgę i… wstyd. Że nie radzę sobie sama. Że muszę prosić o pomoc.
Wieczorem Marcin wrócił do domu i zobaczył moją mamę w kuchni.
– Co ona tu robi?
– Pomaga mi. Kuba miał gorączkę.
– Przesadzasz. Dzieci chorują.
Nie wytrzymałam:
– Twoja matka może tu być codziennie i wszystko przestawiać, a moja nie może mi pomóc?
Marcin spojrzał na mnie z chłodem:
– Bo twoja matka się wtrąca.
Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że jestem sama w tym małżeństwie.
Zaczęłam coraz częściej myśleć o rozwodzie. O tym, jak wyglądałoby moje życie bez Marcina i jego matki. Ale bałam się – bałam się samotności, bałam się opinii rodziny i sąsiadów. Bałam się o dzieci.
Któregoś dnia usłyszałam rozmowę Marcina z panią Haliną przez telefon:
– Ona sobie nie radzi. Może powinna wrócić do pracy? Albo…
Nie dokończył zdania. Poczułam lodowaty dreszcz na plecach.
Wieczorem usiadłam przy stole i napisałam list do Marcina:
„Nie wiem już, kim jesteśmy dla siebie. Nie poznaję cię. Potrzebuję wsparcia, a czuję tylko chłód i obojętność. Jeśli nic się nie zmieni – odejdę.”
Nie miałam odwagi mu go dać. Schowałam list do szuflady i przez kilka dni chodziłam jak cień po domu.
Aż pewnego popołudnia Lenka przewróciła się i rozbiła głowę o kant stołu. Krew lała się strumieniem – spanikowałam. Marcin był w garażu, nie słyszał mojego wołania. Sama zawiozłam Lenkę na pogotowie.
Kiedy wróciłyśmy do domu po kilku godzinach (na szczęście skończyło się na kilku szwach), Marcin nawet nie zapytał, co się stało.
– Gdzie byłaś tak długo?
– Lenka rozbiła głowę! Byłyśmy na pogotowiu!
Wzruszył ramionami:
– Dzieci zawsze coś sobie zrobią.
Tego wieczoru spakowałam kilka rzeczy dzieci i pojechałam do mojej mamy.
Marcin zadzwonił dopiero następnego dnia:
– Przesadzasz. Wracaj do domu.
– Nie wrócę, dopóki coś się nie zmieni.
Od tamtej pory minęły dwa tygodnie. Marcin dzwoni coraz rzadziej. Pani Halina przysłała mi SMS-a: „Zniszczyłaś mojemu synowi życie.”
Siedzę teraz przy oknie w pokoju dzieciństwa i patrzę na bawiące się bliźniaki w ogrodzie mojej mamy. Czuję ulgę… ale też pustkę i strach przed przyszłością.
Czy można jeszcze uratować nasze małżeństwo? Czy warto walczyć o człowieka, który już dawno przestał być tym samym mężczyzną? A może czas zacząć walczyć o siebie?
Może Wy mi powiecie… Czy to ja zawiodłam? Czy to naprawdę koniec?