Między matką a ciotką – kiedy rodzina boli najmocniej

– Znowu to robisz, mamo! – krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni, a zapach świeżo zaparzonej kawy mieszał się z ciężarem niewypowiedzianych słów. Mama, jak zwykle spokojna, patrzyła na mnie z tym swoim wyrazem twarzy, który zawsze odbierałam jako obojętność. – Nie rozumiesz, że to boli? Że zawsze wybierasz ciocię Halinę, a nie mnie?

Milczała przez chwilę, jakby ważyła każde słowo. – Marto, Halina jest w trudnej sytuacji. Potrzebuje mnie teraz bardziej niż ty. Ty jesteś silna, dasz sobie radę.

Te słowa słyszałam od dziecka. Zawsze byłam tą „silną”, tą, która nie potrzebuje wsparcia. Ale czy naprawdę byłam silna? Czy raczej nauczyłam się nie pokazywać słabości, bo wiedziałam, że i tak nie mogę na nią liczyć?

Wszystko zaczęło się, gdy miałam dwanaście lat. Mój tata odszedł do innej kobiety, a mama została sama z dwójką dzieci – mną i moim młodszym bratem Pawłem. Wtedy do naszego życia wkroczyła ciocia Halina. Jej mąż zostawił ją z długami i dwójką dzieci. Mama wzięła ją pod swój dach, oddała jej nasz pokój gościnny i zaczęła pomagać jej finansowo. Z dnia na dzień nasz dom przestał być moim azylem. Musiałam dzielić się wszystkim – pokojem, ubraniami, nawet uwagą mamy.

Pamiętam, jak pewnego wieczoru przyszłam do mamy z płaczem, bo koleżanki w szkole mnie wyśmiewały. Chciałam tylko się przytulić, usłyszeć dobre słowo. Ale mama była zajęta rozmową z Haliną o jej problemach z komornikiem. „Poczekaj chwilę, Marto” – powiedziała wtedy. Czekałam godzinę na schodach, aż zasnęłam skulona pod drzwiami salonu.

Z biegiem lat sytuacja się nie zmieniała. Halina mieszkała z nami przez trzy lata, a nawet po wyprowadzce była stałym gościem w naszym domu. Mama zawsze stawiała ją na pierwszym miejscu. Gdy miałam osiemnaście lat i chciałam wyjechać na studia do Warszawy, mama powiedziała: „Może lepiej zostań w domu i pomóż Halinie z dziećmi? Ona sobie nie radzi”.

Czułam się niewidzialna. Każda moja potrzeba była mniej ważna niż potrzeby cioci. Nawet kiedy zachorowałam na mononukleozę i leżałam w łóżku z wysoką gorączką, mama pojechała do Haliny, bo „ona nie ma nikogo innego”.

Najbardziej bolało mnie to podczas świąt Bożego Narodzenia dwa lata temu. Przy stole wybuchła kłótnia o spadek po babci. Halina twierdziła, że należy jej się większa część pieniędzy, bo „ma trudniej w życiu”. Mama bez wahania stanęła po jej stronie. – Marto, powinnaś zrozumieć Halinę. Ty masz pracę i mieszkanie, ona ledwo wiąże koniec z końcem.

Wtedy pierwszy raz powiedziałam mamie wprost: – Czy kiedykolwiek pomyślałaś o mnie? O tym, czego ja potrzebuję?

Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby pierwszy raz usłyszała moje słowa. – Przecież zawsze chciałam dla ciebie dobrze…

Ale czy naprawdę? Czy można chcieć dobrze dla kogoś, ciągle go pomijając?

Przez lata próbowałam tłumaczyć sobie jej zachowanie. Może czuła się winna wobec siostry? Może bała się samotności? Może naprawdę wierzyła, że jestem silniejsza niż Halina? Ale żadna z tych odpowiedzi nie koiła bólu odrzucenia.

Z czasem zaczęłam unikać rodzinnych spotkań. Coraz rzadziej dzwoniłam do mamy, coraz częściej płakałam w poduszkę po nocach. Mój brat Paweł próbował mnie pocieszać: – Wiesz jaka jest mama… Ona po prostu nie umie inaczej.

Ale czy to wystarczające usprawiedliwienie?

Kilka miesięcy temu wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko. Straciłam pracę przez redukcję etatów. Byłam załamana i przerażona przyszłością. Zadzwoniłam do mamy z nadzieją na wsparcie. Odebrała Halina.

– Mama jest u mnie, pomaga mi przy remoncie – powiedziała chłodno.

Nie wytrzymałam. Pojechałam do nich i wybuchłam przy wszystkich: – Czy ja się w ogóle liczę? Czy kiedykolwiek mogę być dla ciebie ważniejsza niż Halina?

Mama patrzyła na mnie długo w milczeniu. W końcu wyszłyśmy na balkon.

– Marto… Ja nie wiem jak to naprawić – wyszeptała drżącym głosem.

– Może wystarczy zacząć widzieć mnie taką, jaka jestem. Twoją córką, która też czasem potrzebuje matki.

Płakałyśmy obie przez długi czas. Po raz pierwszy poczułam, że mama naprawdę mnie słucha.

Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się całkiem wybaczyć mamie jej wybory. Wiem jednak jedno: rodzina nie zawsze znaczy lojalność za wszelką cenę. Czasem trzeba zawalczyć o siebie – nawet jeśli oznacza to rozczarowanie najbliższych.

Czy można nauczyć się kochać matkę na nowo po tylu latach bólu? Czy lojalność wobec rodziny powinna być ślepa? A może czasem warto postawić granicę i zadbać o własne serce?