„Teściowa kazała nam kupić jej dom na przedmieściach” – Historia rodziny na krawędzi

– Nie rozumiesz, Aniu? To jest mój dom, mój dorobek życia! – głos teściowej rozbrzmiewał w słuchawce z taką siłą, że aż musiałam odsunąć telefon od ucha.

– Pani Zofio, my naprawdę nie mamy takich pieniędzy… – próbowałam tłumaczyć spokojnie, ale ona nie dawała mi dojść do słowa.

– Tomek powinien się w końcu wykazać! Zawsze tylko wyciąga rękę po pomoc, a teraz, kiedy ja potrzebuję wsparcia, to co? – jej głos drżał od emocji.

W tym momencie usłyszałam trzask drzwi. Tomek wszedł do kuchni, rzucił klucze na blat i spojrzał na mnie z rezygnacją. Wiedziałam już, że podsłuchał rozmowę. Ostatnio coraz częściej wyłączał telefon, gdy tylko widział, że dzwoni jego mama. Widziałam w jego oczach zmęczenie i bezsilność.

– Znowu ona? – zapytał cicho.

Pokiwałam głową. Przez chwilę milczeliśmy. W powietrzu wisiała cisza pełna niewypowiedzianych pretensji i żalu.

– Aniu, ja już nie mam siły. Ona nie rozumie, że nie stać nas na taki wydatek. Przecież ledwo spłacamy kredyt za nasze mieszkanie…

Usiadłam naprzeciwko niego. Chciałam go przytulić, powiedzieć, że wszystko się ułoży, ale sama nie wierzyłam w te słowa. Od miesięcy żyliśmy w napięciu. Teściowa coraz częściej dzwoniła, przyjeżdżała bez zapowiedzi, robiła nam wyrzuty. Najpierw chodziło o drobiazgi: że za rzadko ją odwiedzamy, że nie dbamy o rodzinne tradycje. Ale kiedy zaczęła mówić o sprzedaży swojego domu na przedmieściach i oczekiwać, że to my go kupimy – wszystko się posypało.

Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy powiedziała o tym wprost. Siedzieliśmy przy stole w jej kuchni w Piasecznie. Zofia nalewała herbatę do filiżanek z porcelany po swojej matce.

– Dzieci, ja już nie mam siły mieszkać sama w tym dużym domu. Chcę przeprowadzić się do mieszkania bliżej centrum. Ale ten dom… To przecież wasza przyszłość! – spojrzała na nas wyczekująco.

Tomek od razu się spiął.

– Mamo, przecież my mamy swoje mieszkanie…

– Ale to blok! – przerwała mu ostro. – Tu jest ogród, miejsce dla dzieci…

Spojrzałam na Tomka. Wiedziałam, że nie chce jej zranić, ale też nie zamierza ulegać presji. Ja sama czułam się rozdarta. Z jednej strony rozumiałam Zofię – była już po siedemdziesiątce, coraz trudniej było jej dbać o dom i ogród. Z drugiej strony – my ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Nasza córka Zosia miała dopiero cztery lata, a ja wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim. Kredyt na mieszkanie ciążył nam jak kamień u szyi.

Od tamtej rozmowy wszystko zaczęło się psuć. Teściowa dzwoniła niemal codziennie. Najpierw prosiła, potem żądała. W końcu zaczęła grozić: „Jak nie kupicie tego domu, sprzedam go obcym! I nie liczcie na żaden spadek!”

Tomek coraz częściej zamykał się w sobie. Przestał odbierać telefony od matki. Ja próbowałam mediować, tłumaczyć jej naszą sytuację finansową, ale ona była głucha na wszelkie argumenty.

Pewnego wieczoru usiedliśmy z Tomkiem przy stole po tym, jak Zofia znów zadzwoniła z pretensjami.

– Może powinniśmy porozmawiać z jakimś doradcą finansowym? – zaproponowałam niepewnie.

Tomek spojrzał na mnie z goryczą.

– Po co? Żeby usłyszeć to samo? Że nie stać nas nawet na remont łazienki?

Zrobiło mi się przykro. Wiedziałam, że czuje się upokorzony całą sytuacją.

Kilka dni później Zofia przyszła do nas bez zapowiedzi. Wparowała do mieszkania z torbą pełną słoików i ciastem drożdżowym.

– Przyniosłam wam coś dobrego – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. – Ale musimy poważnie porozmawiać.

Usiedliśmy w salonie. Zosia bawiła się klockami pod stołem.

– Dzieci, ja naprawdę nie mam już siły mieszkać sama – zaczęła łamiącym się głosem. – Dom wymaga remontu, ogród zarasta chwastami…

Tomek westchnął ciężko.

– Mamo, rozumiemy cię, ale nie możemy kupić tego domu. Nie mamy takich pieniędzy.

Zofia spojrzała na mnie z wyrzutem.

– A ty co o tym sądzisz, Aniu? Przecież to dla waszego dziecka byłoby lepiej! Ogród, przestrzeń…

Poczułam się jak zdrajczyni. Przecież zawsze powtarzano mi w domu: „Rodzina jest najważniejsza”. Ale czy naprawdę powinniśmy poświęcić wszystko dla dobra teściowej?

Po tej rozmowie atmosfera w domu zgęstniała jeszcze bardziej. Tomek zamknął się w sobie. Coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem pracy czy spotkań ze znajomymi. Ja czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona.

Któregoś wieczoru zadzwoniła moja mama.

– Aniu, co się dzieje? Słyszałam od cioci Krysi, że Zofia opowiada wszystkim w rodzinie, że jesteście niewdzięczni…

Zalała mnie fala wstydu i złości jednocześnie.

– Mamo, my naprawdę nie możemy kupić tego domu! – wybuchłam płaczem.

Mama próbowała mnie pocieszać, ale czułam tylko narastającą frustrację.

W pracy też zaczęłam mieć problemy z koncentracją. Szefowa zauważyła moje rozkojarzenie.

– Aniu, wszystko w porządku? – zapytała któregoś dnia.

– Tak… To tylko sprawy rodzinne – wymamrotałam.

Wiedziałam jednak, że długo tak nie pociągnę. Konflikt z teściową zaczął odbijać się na wszystkich aspektach mojego życia: pracy, relacji z Tomkiem i nawet mojej relacji z córką.

Pewnego dnia Tomek wrócił do domu późno w nocy. Był wyraźnie podenerwowany.

– Musimy coś postanowić – powiedział bez ogródek. – Albo postawimy mamie granice i przestaniemy się przejmować jej szantażem emocjonalnym… albo to wszystko nas zniszczy.

Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.

– Boję się… Boję się stracić rodzinę…

Tomek przytulił mnie mocno.

– Ja też się boję. Ale musimy być razem w tym wszystkim.

Następnego dnia zadzwoniliśmy wspólnie do Zofii i powiedzieliśmy jej jasno: nie kupimy domu i prosimy ją o uszanowanie naszej decyzji. Było dużo krzyku i łez po drugiej stronie słuchawki. Przez kilka tygodni panowała cisza – teściowa przestała się odzywać.

W tym czasie zaczęliśmy odbudowywać nasze małżeństwo. Spędzaliśmy więcej czasu razem z Zosią, rozmawialiśmy o naszych marzeniach i planach na przyszłość niezależnie od oczekiwań innych.

Po miesiącu Zofia zadzwoniła ponownie. Tym razem jej głos był spokojniejszy.

– Dzieci… Przepraszam was za wszystko… Chyba za bardzo chciałam mieć was blisko siebie…

Nie było łatwo odbudować relacje po tym wszystkim. Ale powoli zaczęliśmy rozmawiać jak dawniej – bez pretensji i żądań.

Czasem zastanawiam się: czy można być dobrym dzieckiem i dobrym rodzicem jednocześnie? Czy lojalność wobec własnej rodziny zawsze musi oznaczać rezygnację z siebie?