Serce na dłoni: Historia poświęcenia i miłości w polskim szpitalu
— Iwona, czy ty zwariowałaś?! — głos mojej mamy odbijał się echem po kuchni, w której pachniało jeszcze świeżo zaparzoną kawą. — Oddać nerkę obcemu dziecku? Przecież nawet nie znasz tej rodziny!
Patrzyłam na nią przez chwilę, czując jak łzy napływają mi do oczu. W głowie miałam obraz Emila — chłopca z oddziału nefrologii, którego oczy były większe niż jego drobne ciało. Pamiętam ten dzień, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Siedział na szpitalnym łóżku, bawiąc się plastikowym samochodzikiem. Gdy podeszłam, spojrzał na mnie z nadzieją i strachem jednocześnie.
— Pani pielęgniarko, czy ja kiedyś będę mógł biegać z innymi dziećmi? — zapytał cicho.
To pytanie rozdarło mi serce. Przez kolejne tygodnie obserwowałam, jak Emil słabnie. Jego matka, pani Teresa, spała na rozkładanym fotelu przy jego łóżku, a ojciec, pan Marek, coraz rzadziej pojawiał się w szpitalu. Widziałam ich ciche kłótnie na korytarzu — ona płakała, on zaciskał pięści.
W domu nie było lepiej. Moja siostra Ania uważała, że jestem naiwna. — Iwona, masz dopiero trzydzieści pięć lat! Co jeśli będziesz potrzebować tej nerki dla siebie albo dla kogoś z rodziny? — pytała z wyrzutem.
Ale ja już podjęłam decyzję. Nie mogłam patrzeć na cierpienie Emila. Wiedziałam, że jestem zgodna jako dawca. Lekarze byli zaskoczeni moją determinacją.
— Wie pani, że to poważna operacja? — zapytał doktor Nowak podczas jednej z konsultacji. — Ryzyko powikłań istnieje zawsze.
— Wiem — odpowiedziałam cicho. — Ale jeśli mogę uratować mu życie…
Wieść o mojej decyzji rozeszła się po szpitalu jak burza. Jedni patrzyli na mnie z podziwem, inni z niedowierzaniem. Pielęgniarka Basia szeptała do koleżanki: — Ja bym się nie odważyła. To przecież ogromne poświęcenie.
W dniu operacji czułam się jak w transie. Leżałam na zimnym łóżku operacyjnym i myślałam o Emilku. Czy będzie szczęśliwy? Czy jego rodzina się nie rozpadnie? Czy ja sama nie pożałuję tej decyzji?
Po operacji obudziłam się w bólu. Mama siedziała przy moim łóżku i płakała.
— Przepraszam cię, Iwonko… Bałam się o ciebie…
Uśmiechnęłam się słabo. — Mamo, zrobiłam to, co uważałam za słuszne.
Emil dochodził do siebie powoli. Jego matka codziennie przynosiła mi kwiaty i dziękowała ze łzami w oczach. Ale ojciec Emila unikał mnie wzrokiem. Pewnego dnia spotkałam go na korytarzu.
— Dlaczego pani to zrobiła? — zapytał nagle, niemal oskarżycielsko.
Zaskoczył mnie tym pytaniem.
— Bo nie mogłam patrzeć na cierpienie pańskiego syna — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
— A co z pani rodziną? Co jeśli kiedyś pani będzie czegoś potrzebować?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. To pytanie wracało do mnie nocami.
Po powrocie do domu wszystko się zmieniło. Mama była dla mnie bardziej czuła, ale siostra jeszcze długo nie mogła mi wybaczyć tej decyzji.
— Zawsze byłaś tą dobrą córką… A teraz wszyscy cię podziwiają, a ja czuję się niewidzialna — wyznała pewnego wieczoru przy winie.
Zrozumiałam wtedy, że moja decyzja poruszyła nie tylko mnie i rodzinę Emila, ale też moich najbliższych. W pracy patrzono na mnie inaczej. Niektórzy zaczęli unikać rozmów ze mną o czymkolwiek innym niż o operacji.
Minęły miesiące. Emil wracał do zdrowia. Przysłał mi laurkę: „Dziękuję Ci za nowe życie”.
Ale ja sama czułam się coraz bardziej samotna. Zaczęły się pojawiać komplikacje zdrowotne — infekcje, osłabienie. Lekarze ostrzegali mnie przed wysiłkiem fizycznym.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani Teresa.
— Iwono… Marek odszedł ode mnie. Mówi, że nie potrafi żyć z tym ciężarem wdzięczności wobec obcej kobiety…
Siedziałam długo w ciszy po tej rozmowie. Czy naprawdę moja decyzja była dobra? Czy uratowałam rodzinę Emila, czy ją rozbiłam?
W święta odwiedziła mnie cała rodzina Emila. Chłopiec przytulił się do mnie mocno i powiedział:
— Pani Iwono, dzięki pani mogę biegać po śniegu!
Poczułam wtedy ogromne szczęście i smutek jednocześnie. Bo każda decyzja niesie za sobą konsekwencje — czasem piękne, czasem bolesne.
Dziś patrzę w lustro i pytam siebie: czy można być szczęśliwym, wiedząc że komuś uratowało się życie kosztem własnego spokoju? Czy naprawdę dobro wraca? Może to Wy mi odpowiecie…