Spakowałam mu walizki i wyrzuciłam go z domu: Mój sen o rozwodzie uczynił ze mnie rodzinnego czarnego charaktera
— Jadwiga, co ty wyprawiasz?! — głos mojego męża, Stanisława, odbijał się echem od ścian naszego mieszkania, kiedy zobaczył spakowane walizki stojące przy drzwiach. Stałam w korytarzu, trzymając w dłoni klucze i czułam, jak serce wali mi jak młotem. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko, przeprosić go i udawać, że nic się nie stało. Ale nie mogłam. Po czterdziestu latach życia w cieniu jego oczekiwań, jego humorów i jego decyzji, wiedziałam, że jeśli teraz się cofnę, już nigdy nie będę miała odwagi zrobić tego kroku.
— Spakowałam ci rzeczy. Proszę, wyjdź — powiedziałam cicho, ale stanowczo. Stanisław patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby nie rozumiał, co się dzieje. — Jadwiga, zwariowałaś? Po tylu latach? Co ludzie powiedzą? Co dzieci powiedzą?
Właśnie. Co ludzie powiedzą. Co dzieci powiedzą. Przez całe życie słyszałam te słowa. Kiedy chciałam wrócić do pracy po urodzeniu drugiego dziecka — „Co ludzie powiedzą?”. Kiedy chciałam pojechać sama na wakacje z koleżankami — „Co dzieci powiedzą?”. Zawsze byłam tą, która ustępowała. Tą, która dbała o spokój domowy, nawet jeśli oznaczało to rezygnację z własnych marzeń.
Ale teraz miałam dość. Ostatnie lata były dla mnie pasmem rozczarowań i samotności. Stanisław coraz częściej znikał z domu, wracał późno, czasem czułam od niego alkohol. Przestał ze mną rozmawiać, a kiedy próbowałam zacząć rozmowę, zbywał mnie machnięciem ręki lub ironią. Nasze dzieci — Dorota i Michał — dawno już wyfrunęły z gniazda i żyły własnym życiem. Zostaliśmy sami, a ja czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Często siadałam wieczorami przy kuchennym stole i patrzyłam na nasze stare zdjęcia. Uśmiechnięci na Mazurach, na weselu Doroty, na spacerze po Łazienkach. Zastanawiałam się wtedy: gdzie podziała się ta radość? Gdzie podziała się bliskość? Czy to wszystko naprawdę musi tak wyglądać?
Ostatnią kroplą była nasza kłótnia dwa tygodnie temu. Stanisław wrócił pijany i zaczął krzyczeć o byle co. Wtedy po raz pierwszy poczułam do niego nie tylko żal, ale i gniew. Pomyślałam: „Jadwiga, ile jeszcze będziesz to znosić? Ile jeszcze lat oddasz komuś, kto nawet nie zauważa twojego istnienia?”
Przez kilka dni chodziłam jak struta. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. W końcu zadzwoniłam do Doroty.
— Mamo, co się dzieje? — zapytała zaniepokojona.
— Dorotko… ja już nie mogę tak żyć — wyszeptałam.
— Ale co się stało? Pokłóciliście się?
— To nie o jedną kłótnię chodzi. To o całe życie… Ja już nie chcę być tylko żoną taty. Chcę być sobą.
Dorota milczała przez chwilę.
— Mamo… ale przecież wy zawsze byliście razem. Jak sobie poradzisz?
— Nie wiem — odpowiedziałam szczerze. — Ale muszę spróbować.
Kiedy powiedziałam Michałowi o swojej decyzji, był wściekły.
— Mamo! Co ty wyprawiasz?! Przecież tata jest już stary! Jak możesz go tak zostawić?
— Michał… ja przez czterdzieści lat byłam dla wszystkich. Teraz chcę być choć trochę dla siebie.
Nie rozumieli mnie. Ani dzieci, ani siostra, ani sąsiedzi. Wszyscy patrzyli na mnie jak na czarną owcę rodziny. W sklepie sąsiadka spojrzała na mnie z pogardą i szepnęła do drugiej: „Widzisz? Jadwiga męża wyrzuciła! Na stare lata jej odbiło!”
Przez pierwsze dni po odejściu Stanisława czułam ulgę pomieszaną z przerażeniem. Nagle w domu było cicho. Nikt nie trzaskał drzwiami, nikt nie narzekał na obiad czy bałagan w przedpokoju. Ale też nikt nie pytał, jak minął mi dzień. Samotność była inna niż ta sprzed rozwodu — teraz była świadomym wyborem.
Zaczęłam chodzić na długie spacery po parku Skaryszewskim. Siedziałam na ławce i obserwowałam ludzi: matki z dziećmi, zakochane pary, starszych panów grających w szachy. Zazdrościłam im tej zwyczajnej bliskości.
Pewnego dnia spotkałam starą koleżankę ze szkoły — Halinę.
— Jadwiga! Co u ciebie? Słyszałam… no wiesz… — zaczęła niepewnie.
— Tak, wyrzuciłam Stanisława z domu — odpowiedziałam bez ogródek.
Halina spojrzała na mnie z uznaniem.
— Wiesz co? Podziwiam cię. Ja nigdy nie miałam odwagi odejść od mojego Edka, choć czasem bardzo chciałam.
Te słowa były dla mnie jak balsam na duszę. Może nie jestem taka sama? Może są inne kobiety, które czują to samo?
Zaczęłam powoli układać sobie życie na nowo. Zapisałam się na zajęcia z jogi dla seniorów w domu kultury. Po raz pierwszy od lat kupiłam sobie nową sukienkę — czerwoną, choć zawsze nosiłam tylko szarości i beże.
Ale rodzina nie dawała mi spokoju. Dorota przestała dzwonić tak często jak dawniej. Michał przyjechał raz i przez godzinę milczał przy stole.
— Mamo… czy ty naprawdę jesteś szczęśliwa? — zapytał w końcu.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
— Jeszcze nie wiem, synku. Ale po raz pierwszy od dawna czuję się wolna.
Czasem nachodzą mnie wątpliwości. Czy dobrze zrobiłam? Czy naprawdę miałam prawo postawić siebie ponad rodziną? Czy wolność jest warta tej ceny?
Patrzę w lustro i widzę kobietę zmęczoną życiem, ale też silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej. Może jestem rodzinnym czarnym charakterem… ale czy nie mam prawa do własnego szczęścia? Czy każda kobieta musi być tylko żoną i matką aż do końca swoich dni?
Ciekawa jestem, co wy o tym myślicie… Czy odwaga do zmiany życia zawsze musi oznaczać samotność?