Musiałam cię puścić, bym mogła się narodzić – Moja walka z niepłodnością, rozwodem i nowym początkiem

– Anka, ile jeszcze będziesz się łudzić? – głos mamy rozbrzmiewał w mojej głowie jak echo, choć już dawno wyszła z mojego mieszkania. Stałam przy oknie, patrząc na szare, listopadowe niebo nad Warszawą. W dłoniach ściskałam kubek zimnej już herbaty. „Ile jeszcze będziesz się łudzić?” – powtarzałam sobie w myślach, czując jak łzy napływają mi do oczu.

Mój mąż, Tomek, od miesięcy spał na kanapie. Nasze rozmowy ograniczały się do wymiany informacji o rachunkach i zakupach. Seks? Zapomniane słowo. Ostatni raz przytulił mnie chyba rok temu, po kolejnej nieudanej próbie in vitro. Wtedy jeszcze wierzyliśmy, że się uda. Że będziemy rodziną. Że nasze życie nabierze sensu.

– Może powinniśmy spróbować jeszcze raz? – zapytałam go pewnego wieczoru, kiedy wrócił z pracy później niż zwykle.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Anka, ja już nie mam siły. Nie chcę żyć w laboratorium. Nie chcę patrzeć, jak cierpisz…

Zamilkł. Widziałam w jego oczach rezygnację i coś jeszcze – ulgę? Strach? Może już wtedy wiedziałam, że to koniec.

Kilka tygodni później znalazłam go w kuchni z walizką.

– Odchodzę – powiedział cicho. – Przepraszam.

Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu usiadłam na podłodze i patrzyłam, jak zamyka za sobą drzwi. Wtedy poczułam się naprawdę pusta.

Rodzina oczywiście miała swoje zdanie. Mama powtarzała: „Nie możesz się poddać! Każda kobieta powinna mieć dziecko!” Ojciec milczał, ale widziałam w jego oczach rozczarowanie. Siostra, Marta, która miała już dwójkę dzieci i męża z własną firmą, patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i wyższości.

– Może po prostu nie było wam pisane… – rzuciła kiedyś podczas rodzinnego obiadu.

Wtedy wybiegłam z mieszkania rodziców i przez godzinę błąkałam się po parku Skaryszewskim. Czułam się jak porażka – jako żona, kobieta, córka. Z każdej strony słyszałam tylko: „Musisz być silna”, „Nie możesz się poddać”, „Spróbuj jeszcze raz”. Ale nikt nie pytał, czy mam jeszcze siłę walczyć.

Praca w agencji reklamowej była moją jedyną ucieczką. Tam nikt nie pytał o dzieci ani o Tomka. Tam byłam po prostu Anną Nowak – specjalistką od social mediów. Ale nawet tam czułam się coraz bardziej przezroczysta. Koledzy wychodzili na piwo po pracy, opowiadali o swoich rodzinach, planowali wakacje z dziećmi. Ja wracałam do pustego mieszkania i zasypiałam z telefonem w dłoni, przeglądając profile znajomych z liceum – wszyscy szczęśliwi, wszyscy spełnieni.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Marta.

– Anka, musisz coś ze sobą zrobić. Tak nie można żyć! – powiedziała bez ogródek.

– A co mam zrobić? – zapytałam zirytowana.

– Wyjedź gdzieś. Zmień pracę. Zapisz się na jogę! Cokolwiek!

Rozłączyłam się bez słowa. Ale jej słowa nie dawały mi spokoju.

Wieczorem usiadłam przed komputerem i zaczęłam szukać… czegokolwiek. Trafiłam na ogłoszenie o warsztatach fotograficznych w Kazimierzu Dolnym. „Odkryj siebie na nowo przez obiektyw” – głosił nagłówek. Bez zastanowienia kliknęłam „Zapisz się”.

Kazimierz przywitał mnie mgłą i ciszą. Przez trzy dni chodziłam z aparatem po uliczkach, fotografując stare drzwi, koty na murkach i ludzi na rynku. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam coś na kształt spokoju.

Na warsztatach poznałam Magdę – rozwódkę po czterdziestce, która straciła dziecko w trzecim miesiącu ciąży.

– Myślałam, że już nigdy nie będę szczęśliwa – powiedziała mi pewnego wieczoru przy winie. – Ale wiesz co? Szczęście to nie jest coś, co dostajesz od życia za darmo. To coś, co musisz sobie wywalczyć.

Jej słowa zostały ze mną na długo.

Po powrocie do Warszawy zaczęłam chodzić na terapię. Po raz pierwszy powiedziałam głośno: „Nie chcę już walczyć za wszelką cenę o dziecko”. Poczułam ulgę… i strach przed tym, kim jestem bez tej walki.

Tomek odezwał się po pół roku.

– Przepraszam za wszystko – napisał w SMS-ie. – Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa.

Nie odpisałam od razu. Przez kilka dni zastanawiałam się, czy powinnam mu wybaczyć. Czy powinnam spróbować jeszcze raz? Ale potem spojrzałam na swoje zdjęcia z Kazimierza i pomyślałam: „Może pierwszy raz w życiu jestem naprawdę sobą”.

Dziś mija dwa lata od naszego rozstania. Nie mam dziecka. Nie mam męża. Ale mam siebie – i to jest więcej niż kiedykolwiek miałam wcześniej.

Czasem jeszcze budzę się w nocy z poczuciem straty. Czasem zazdroszczę Marcie jej rodziny i dzieciom sąsiadów bawiącym się pod blokiem. Ale coraz częściej czuję wdzięczność za to, że mogę żyć po swojemu.

Czy musimy zawsze spełniać oczekiwania innych? Czy szczęście naprawdę mierzy się liczbą dzieci lub długością małżeństwa? A może prawdziwe szczęście to odwaga bycia sobą – nawet jeśli oznacza to samotność?

Czasem trzeba pozwolić komuś odejść… żeby samemu móc się narodzić na nowo.