Moja teściowa chwali się szlachetnością syna po rozwodzie. Ale prawda jest zupełnie inna…
– Widzisz, Aniu, mój syn to prawdziwy dżentelmen. Zostawił ci wszystko, a sam wyszedł z domu tylko z walizką. Tak się zachowuje prawdziwy mężczyzna – słyszę głos pani Haliny, mojej byłej teściowej, rozbrzmiewający w kuchni podczas rodzinnego obiadu u mojej mamy. Siedzę przy stole, dłonie ściskam na kolanach, a w gardle rośnie mi gula. Każde jej słowo wbija się we mnie jak szpilka.
Chciałabym wykrzyczeć prawdę. Chciałabym powiedzieć wszystkim, jak naprawdę wyglądało nasze małżeństwo i ten „szlachetny” rozwód. Ale milczę. Bo przecież nie wypada prać brudów przy stole. Bo przecież „dla dobra dziecka”. Bo przecież „co ludzie powiedzą”.
A przecież to nie ja zdradzałam. To nie ja wracałam do domu nad ranem, tłumacząc się nadgodzinami w pracy. To nie ja zostawiałam na stole paragony z hotelu w Zakopanem, gdzie nigdy razem nie byliśmy. To nie ja przez dwa lata próbowałam ratować coś, co już dawno umarło.
Pamiętam ten dzień, kiedy Paweł spakował walizkę. Stał w przedpokoju, a ja patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
– Naprawdę odchodzisz? – zapytałam cicho.
– Tak będzie lepiej dla nas wszystkich – odpowiedział bez emocji. – Zostawiam ci dom, samochód… wszystko. Nie chcę niczego.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już od kilku miesięcy wynajmuje mieszkanie z Magdą – swoją koleżanką z pracy. Że to dla niej zostawia mnie i naszą córkę Zosię. Że jego „szlachetność” to tylko wygodna historia dla rodziny i znajomych.
Przez pierwsze tygodnie po jego odejściu czułam ulgę. Wreszcie nie musiałam udawać szczęśliwej żony. Nie musiałam tłumaczyć się z każdej wydanej złotówki i każdego spóźnienia do domu. Ale potem przyszła samotność. Zosia płakała nocami, pytając, kiedy tata wróci. Ja płakałam razem z nią, bo nie umiałam jej odpowiedzieć.
Pani Halina dzwoniła codziennie.
– Aniu, Paweł bardzo cierpi. Wiesz, on zawsze był taki dobry…
Dobry? Czy dobry mężczyzna zostawia rodzinę dla innej kobiety? Czy dobry ojciec zapomina o urodzinach własnej córki?
Najgorsze były plotki. Sąsiadki szeptały za moimi plecami:
– Widzisz, Paweł taki porządny chłopak… Pewnie ona coś przeskrobała.
A ja każdego dnia walczyłam o to, żeby Zosia miała normalne dzieciństwo. Żeby nie czuła się gorsza od innych dzieci w przedszkolu. Żeby nie musiała słuchać tych wszystkich kłamstw.
Pewnego dnia spotkałam Pawła na ulicy. Szliśmy w przeciwnych kierunkach, ale on mnie zauważył i podszedł.
– Aniu… – zaczął niepewnie.
– Czego chcesz? – zapytałam chłodno.
– Chciałem tylko powiedzieć… Przepraszam.
Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam tam pustkę. Już mnie nie kochał. Może nigdy nie kochał?
– Przepraszasz za co? Za to, że zostawiłeś mnie z dzieckiem? Za to, że twoja matka opowiada wszystkim bajki o twojej szlachetności?
Nie odpowiedział. Odwrócił się i odszedł.
Wieczorem zadzwoniła pani Halina.
– Aniu, Paweł mówił mi, że byłaś dla niego niemiła…
Zacisnęłam zęby.
– Pani Halino, proszę już do mnie nie dzwonić.
Od tamtej pory próbuję żyć na nowo. Zosia dorasta, coraz mniej pyta o tatę. Ja uczę się być silna – dla niej i dla siebie.
Czasem myślę o tym wszystkim i zastanawiam się: dlaczego ludzie wolą wierzyć w piękne kłamstwa niż w brzydką prawdę? Dlaczego kobieta zawsze musi być winna?
Może powinnam w końcu opowiedzieć swoją wersję historii? Może powinnam przestać milczeć?
Czy wy też macie wrażenie, że czasem najtrudniej jest powiedzieć prawdę tym najbliższym? Jak długo można żyć pod cudzą maską?