Nie zdążyłam być sobą – opowieść matki, która zbyt długo żyła dla innych

– Mamo, nie możesz tak po prostu wyjechać! – głos Pawła drżał, a ja czułam, jak ściska mnie w gardle. Stałam w przedpokoju, z walizką w ręku, patrząc na dorosłego syna, który nagle znów wydawał się małym chłopcem. – A kto odbierze Zosię z przedszkola? Kto pomoże Kasi z lekcjami? Przecież zawsze byłaś tu dla nas.

Zawsze. To słowo dźwięczało mi w głowie jak przekleństwo i błogosławieństwo jednocześnie. Przez czterdzieści lat byłam tu dla nich: najpierw dla Pawła, potem dla jego żony i dzieci. Zawsze gotowa, zawsze na posterunku. Gotowa ugotować rosół, kiedy ktoś był chory, posiedzieć z wnukami, gdy Paweł z Anią chcieli wyjść do kina. Nawet teraz, kiedy powinnam cieszyć się emeryturą, moje życie kręciło się wokół ich potrzeb.

A gdzie w tym wszystkim byłam ja?

Pamiętam dzień, kiedy Paweł się urodził. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i świat wydawał się prosty: dom, praca w szkole podstawowej, mąż – Krzysztof – który wracał późno z kopalni. Krzysztof nie był łatwym człowiekiem. Często wracał zmęczony i rozdrażniony, a ja starałam się być cicha jak myszka. Kiedy Paweł miał pięć lat, Krzysztof odszedł do innej kobiety. Zostałam sama z dzieckiem i kredytem na mieszkanie w Katowicach.

Wtedy zaczęło się moje życie dla innych. Pracowałam na dwa etaty: rano szkoła, popołudniami korepetycje. Paweł był moim oczkiem w głowie. Wszystko robiłam dla niego – nawet wtedy, gdy miałam ochotę po prostu położyć się i płakać ze zmęczenia. Nie było czasu na marzenia. Chciałam kiedyś nauczyć się włoskiego, pojechać nad morze zimą, zatańczyć tango na rynku w Krakowie. Ale zawsze było coś ważniejszego: rachunki do zapłacenia, obiady do ugotowania, sprawdziany do poprawienia.

Paweł dorósł i założył rodzinę. Myślałam, że wtedy wreszcie przyjdzie czas na mnie. Ale kiedy urodziła się Zosia, a potem Staś, znów byłam potrzebna. – Mamo, tylko ty potrafisz tak dobrze usypiać Zosię – mówiła Ania. – Mamo, możesz zostać ze Stasiem? Musimy jechać do lekarza – prosił Paweł.

Nie umiałam odmawiać. Bałam się, że jeśli powiem „nie”, przestaną mnie potrzebować. A przecież bycie potrzebną było wszystkim, co miałam.

Dopiero teraz, kiedy skończyłam sześćdziesiąt pięć lat i przeszłam na emeryturę, poczułam pustkę. Dni zaczęły się zlewać w jedno: śniadanie dla wnuków, zakupy dla Ani, odbieranie Zosi z przedszkola. Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Czułam żal do siebie samej – za to, że nigdy nie miałam odwagi zawalczyć o własne szczęście.

Pewnego dnia zobaczyłam ogłoszenie o kursie tańca towarzyskiego dla seniorów w domu kultury na Ligocie. Serce mi zabiło mocniej. Przez chwilę wyobraziłam sobie siebie w czerwonej sukience, wirującą po parkiecie. Ale zaraz przyszła myśl: „A co z wnukami? Co powiedzą sąsiedzi?”

Wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka ze szkoły, Basia.
– Haniu, chodź ze mną na ten kurs! Co nam szkodzi? Dzieci już odchowane.
– Nie wiem… Paweł liczy na moją pomoc.
– Haniu! Ile jeszcze będziesz czekać? Na co?

Te słowa nie dawały mi spokoju przez całą noc.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Pawłem.
– Synku… Chciałabym spróbować czegoś nowego. Zapisać się na kurs tańca.
Paweł spojrzał na mnie zdziwiony:
– Mamo… Ale przecież masz tyle obowiązków tutaj! Bez ciebie sobie nie poradzimy.
– Może czas nauczyć się radzić sobie beze mnie? – odpowiedziałam cicho.

Widziałam rozczarowanie w jego oczach. Przez chwilę poczułam się jak najgorsza matka świata. Ale potem przyszła ulga – pierwszy raz od lat powiedziałam głośno o swoich potrzebach.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Ania przestała dzwonić tak często. Zosia pytała: „Babciu, dlaczego już nie odbierasz mnie z przedszkola?”
Czułam się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a pragnieniem życia dla siebie.

Pierwsze zajęcia tańca były trudne. Nogi mi się plątały, Basia śmiała się do łez:
– Haniu, jesteśmy jak dwie sarny na lodzie!
Ale wracałam do domu z uśmiechem na twarzy.

Z czasem nauczyłam się mówić „nie”. Nie zawsze było łatwo. Paweł czasem rzucał kąśliwe uwagi:
– Widzisz? Teraz musimy sami ogarniać wszystko…
Ale widziałam też zmianę: Ania zaczęła bardziej angażować się w sprawy dzieci, Paweł nauczył się gotować prosty obiad.

Po kilku miesiącach kursu tańca pojechałyśmy z Basią nad morze – pierwszy raz zimą! Siedziałyśmy na pustej plaży w Kołobrzegu i śmiałyśmy się jak nastolatki.

Dziś wiem jedno: żałuję tylko tego, że tak długo czekałam ze zmianą. Że pozwoliłam sobie wmówić, iż moje potrzeby są mniej ważne niż potrzeby innych.

Czasem patrzę na zdjęcia Pawła z dzieciństwa i zastanawiam się: czy byłby innym człowiekiem, gdybym była bardziej sobą? Czy można być dobrą matką i jednocześnie nie rezygnować z siebie?

A wy? Czy też kiedyś baliście się zawalczyć o swoje marzenia? Czy można odzyskać siebie po latach życia dla innych?