Po 55. urodzinach mąż przestał wracać do domu na noc. Powiedział, że potrzebuje przestrzeni – a potem zobaczyłam ich razem w galerii handlowej
– Zostanę dziś u Marka, muszę przemyśleć parę spraw – usłyszałam w słuchawce głos mojego męża. Była 22:17, a ja siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na resztki tortu z moich 55. urodzin. W lodówce chłodziła się butelka wina, którą przyniósł mi rano, razem z tulipanami z bazarku. Nie miał czasu na kolację. Powiedział, że głowa go boli, że ma ciężki okres w pracy. Ucałował mnie w czoło i zamknął się w swoim gabinecie. Myślałam, że to po prostu zmęczenie.
Ale następnego dnia nie wrócił na noc.
Wpatrywałam się w telefon, czekając na wiadomość. Zamiast tego dostałam krótkiego SMS-a: „Nie martw się, wszystko ok. Muszę pobyć sam.”
Sam? Po tylu latach razem? Przecież zawsze byliśmy drużyną. Nawet kiedy dzieci wyjechały na studia do Krakowa i Warszawy, trzymaliśmy się razem. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Przez kolejne dni wracał coraz później albo wcale. Tłumaczył się pracą, spotkaniami z kolegami, zmęczeniem. Unikał rozmów, a kiedy próbowałam go przytulić, odsuwał się delikatnie, jakby dotyk mnie parzył.
– Może chcesz porozmawiać? – zapytałam pewnego wieczoru, kiedy w końcu wrócił do domu.
– Nie teraz, naprawdę nie mam siły – odpowiedział i zamknął się w łazience.
Zaczęłam podejrzewać najgorsze. Przeszukiwałam jego rzeczy, sprawdzałam telefon, ale nic nie znalazłam. Może rzeczywiście przechodzi kryzys wieku średniego? Może to depresja? Próbowałam być wyrozumiała.
Aż do tamtej soboty.
Pojechałam do galerii handlowej kupić prezent dla wnuczki. W tłumie ludzi zobaczyłam go – mojego męża – jak trzyma za rękę młodą kobietę. Śmiali się, patrzyli sobie w oczy z czułością, której nie widziałam u niego od lat. Zamarłam. Chciałam podejść, zrobić awanturę, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Stałam jak wryta i patrzyłam, jak odchodzą razem do kawiarni.
Wróciłam do domu na drżących nogach. Przez godzinę siedziałam na kanapie i płakałam. Potem zadzwoniłam do naszej córki, Magdy.
– Mamo, co się stało? – zapytała zaniepokojona.
– Twój ojciec… on chyba ma kogoś – wyszeptałam.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Przyjadę jutro – powiedziała w końcu.
Kiedy przyszła, przytuliła mnie mocno i płakałyśmy razem. Powiedziała mi coś ważnego:
– Mamo, nie możesz pozwolić mu tak siebie traktować. Jesteś silna. Pamiętasz, jak tata stracił pracę i to ty utrzymywałaś dom przez dwa lata? Dasz radę.
Ale ja nie czułam się silna. Czułam się zdradzona i upokorzona.
Wieczorem mąż wrócił do domu jak gdyby nigdy nic.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
Usiadł naprzeciwko mnie przy stole i spuścił wzrok.
– Wiem o niej – powiedziałam cicho.
Podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Nie zaprzeczył.
– Przepraszam – wyszeptał. – Nie chciałem cię skrzywdzić… To wszystko mnie przerosło.
– Kim ona jest?
– Ma na imię Justyna. Poznałem ją w pracy… Jest młodsza ode mnie o dwadzieścia lat…
Zrobiło mi się niedobrze.
– I co teraz? – zapytałam drżącym głosem.
– Nie wiem… Potrzebuję czasu…
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. On wychodził rano i wracał późno w nocy albo wcale. Ja chodziłam po domu jak cień samej siebie. Nie miałam siły gotować ani sprzątać. Nawet pies patrzył na mnie smutnymi oczami i kładł łeb na moich kolanach.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, Ela.
– Musisz coś zrobić dla siebie – powiedziała stanowczo. – Pojedź ze mną nad morze na weekend. Oderwiesz się trochę.
Nie chciałam jechać, ale Ela była nieustępliwa. Spakowałyśmy walizki i pojechałyśmy do Ustki. Spacerowałyśmy po plaży, piłyśmy kawę w małych kawiarenkach i rozmawiałyśmy godzinami o wszystkim i o niczym. Powoli zaczynałam oddychać.
Kiedy wróciłam do domu, poczułam się trochę silniejsza. Zaczęłam dbać o siebie – poszłam do fryzjera, kupiłam sobie nową sukienkę, zapisałam się na jogę dla początkujących w osiedlowym domu kultury.
Mąż coraz rzadziej pojawiał się w domu. W końcu przyszedł pewnego wieczoru i powiedział:
– Wynajmuję mieszkanie na razie… Muszę to wszystko poukładać…
Nie płakałam już. Spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam:
– Zasługuję na szczerość i szacunek. Jeśli chcesz odejść – odejdź naprawdę.
Wyprowadził się tydzień później.
Pierwsze miesiące były trudne. Czułam pustkę i żal, ale z każdym dniem było mi lżej. Odkrywałam siebie na nowo – swoje pasje, marzenia i potrzeby. Zaczęłam spotykać się z koleżankami, chodzić do teatru i kina sama lub z Magdą.
Czasem jeszcze budzę się w nocy i pytam siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy to moja wina? Ale potem patrzę w lustro i widzę kobietę, która przetrwała burzę i nie dała się złamać.
Czy naprawdę można zacząć wszystko od nowa po pięćdziesiątce? A może szczęście jest tam, gdzie najmniej się go spodziewamy?