„Nie wybaczyłam ci, tylko przestałam czuć” – historia polskiej żony, która przez lata milczała o zdradzie
– Znowu wracasz po północy? – zapytałam, starając się, by mój głos nie drżał. Stałam w kuchni, w szlafroku, z kubkiem zimnej już herbaty. W drzwiach pojawił się Andrzej – mój mąż od dwunastu lat, ojciec naszych dzieci, człowiek, którego kiedyś kochałam do szaleństwa.
– Spotkanie w pracy się przeciągnęło. – Unikał mojego wzroku, zdejmując płaszcz. – Nie budź dzieci.
Nie odpowiedziałam. Przez chwilę patrzyłam na jego plecy, na drogie buty, które kupił sobie „na delegację”. W głowie miałam obraz: on i ta kobieta z działu marketingu, którą widziałam kiedyś przypadkiem w galerii handlowej. Ich spojrzenia. Jej dłoń na jego ramieniu. To nie była pierwsza taka sytuacja.
Wiedziałam o wszystkim od lat. O SMS-ach, o „wyjazdach służbowych”, o perfumach na jego koszulach, których nigdy nie używałam. Ale nigdy nie powiedziałam ani słowa. Nie zrobiłam sceny. Nie płakałam przy nim. Nie chciałam, żeby dzieci widziały matkę słabą i zranioną.
Zamiast tego zamknęłam się w sobie. Skupiłam się na pracy – prowadziłam mały gabinet psychologiczny na Pradze. Pomagałam innym radzić sobie z bólem, zdradą, samotnością. Sama wieczorami siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła Warszawy, próbując zrozumieć, gdzie popełniłam błąd.
Moje dzieci – Zosia i Michał – były moją jedyną radością. Dla nich gotowa byłam udawać szczęśliwą rodzinę. Andrzej był dobrym ojcem – zabierał ich na rowery, kupował lody, pomagał przy lekcjach matematyki. Ale dla mnie był już tylko cieniem człowieka, którego kiedyś znałam.
Czasem koleżanki mówiły:
– Masz szczęście, Anka. Twój mąż to złoto! Tyle pracuje, wszystko dla rodziny…
Uśmiechałam się wtedy blado:
– Tak… mam wszystko, czego potrzebuję.
W środku czułam tylko pustkę.
Minęło dwanaście lat od tamtej pierwszej zdrady. Dwanaście lat milczenia, łez w poduszkę i udawania przed światem. Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Andrzej zaczął chudnąć. Najpierw myślałam, że to stres w pracy. Potem pojawiły się bóle brzucha, żółta skóra. Lekarze nie mieli złudzeń: rak trzustki, stadium końcowe. Zostało mu kilka miesięcy.
Wtedy zobaczyłam go naprawdę bezbronnego po raz pierwszy od lat. Leżał w szpitalnym łóżku na Banacha, podłączony do kroplówki, z oczami pełnymi strachu.
– Anka… – szepnął pewnej nocy, gdy siedziałam przy nim i zmieniałam mu kompres na czole. – Przepraszam… za wszystko…
Patrzyłam na niego długo. W jego oczach była rozpacz i nadzieja – jakby liczył na to, że powiem: „Nic się nie stało”.
Ale ja już nie czułam nic.
– Przestałam cię kochać dawno temu – powiedziałam cicho. – Zostałam tylko dla dzieci. Żeby nie musiały się wstydzić ojca.
Zobaczyłam w jego oczach przerażenie.
– Ale… przecież… zawsze byłaś przy mnie…
– Bo tak trzeba było. Bo ktoś musiał być dorosły.
Wtedy do sali weszła ona – ta kobieta z marketingu. Miała na sobie elegancki płaszcz i drogie perfumy. Stanęła w progu i spojrzała na mnie niepewnie.
– Jeśli chcesz się pożegnać, to teraz – powiedziałam spokojnie.
Nie weszła do środka. Odwróciła się i wyszła bez słowa.
Andrzej płakał tej nocy długo. Ja tylko siedziałam przy łóżku i patrzyłam przez okno na światła miasta.
Kiedy umarł kilka dni później, wszyscy mówili:
– Anka była przy nim do końca. Taka dobra żona…
Nie wiedzieli nic o moim bólu ani o tym, jak bardzo byłam już wolna.
Na pogrzebie stałam z dziećmi pod rękę. Michał płakał cicho, Zosia tuliła się do mnie mocno.
Po wszystkim wróciłam do pustego mieszkania na Grochowie. Usiadłam przy stole i napisałam kilka słów do siebie:
„Przebaczenie nie zawsze znaczy miłość. Czasem znaczy tylko: już mnie to nie obchodzi.”
Dziś jestem wolna. Dzieci rosną, ja odbudowuję siebie kawałek po kawałku. Czasem pytam sama siebie: czy gdybym wtedy powiedziała prawdę, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy milczenie było moją siłą czy słabością?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy lepiej walczyć o siebie głośno – czy czasem warto wybrać ciszę?