Kiedy choroba mojej córki odkryła rodzinny sekret: historia ojca, który musiał zacząć od nowa
– Tato, dlaczego pani doktor płacze? – zapytała Zosia, patrząc na mnie wielkimi, zmęczonymi oczami. Siedziała na szpitalnym łóżku w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, a ja czułem, jakby ktoś ściskał mi gardło stalową obręczą. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Lekarka właśnie wyszła, zostawiając nas z wynikami badań i czymś jeszcze – z niepokojem, który wisiał w powietrzu jak burza.
Wszystko zaczęło się niewinnie – Zosia miała osiem lat i od kilku tygodni skarżyła się na bóle nóg. Myśleliśmy z Magdą, moją żoną, że to zwykłe bóle wzrostowe. Ale kiedy zaczęła mieć gorączki i siniaki na nogach, nie było już żartów. Szybko trafiliśmy do szpitala. Tam usłyszeliśmy słowo, które rozbiło nasz świat: białaczka.
Pamiętam, jak Magda trzymała mnie za rękę na korytarzu. – Piotrze, musimy być silni dla niej – szeptała przez łzy. Ale ja czułem się jak dziecko we mgle. Bałem się bardziej niż kiedykolwiek w życiu.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy między domem a szpitalem. Zosia dzielnie znosiła kolejne kroplówki i badania. Ja starałem się być przy niej zawsze, nawet gdy musiałem brać urlop bezpłatny w pracy. Magda była cicha, zamknięta w sobie. Czułem, że coś ją gryzie, ale nie miałem siły pytać.
Pewnego dnia do sali weszła lekarka z nowymi wynikami. – Panie Piotrze, czy możemy porozmawiać na osobności? – zapytała poważnie. Zgodziłem się, choć serce waliło mi jak młotem.
– Wyniki badań genetycznych Zosi są nietypowe – zaczęła ostrożnie. – Potrzebujemy jeszcze kilku informacji…
Nie rozumiałem. Lekarka mówiła coś o zgodności grupy krwi, o markerach genetycznych. W końcu padło pytanie: – Czy jest pan biologicznym ojcem Zosi?
Zamarłem. Przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu.
– Oczywiście… Tak mi się wydaje… – wyjąkałem.
Lekarka spuściła wzrok. – Proszę porozmawiać z żoną. To ważne dla dalszego leczenia.
Wyszedłem z gabinetu jak otępiały. Magda siedziała na ławce pod oknem, patrząc w dal.
– Musimy porozmawiać – powiedziałem cicho.
Z początku zaprzeczała. Potem zaczęła płakać. – Piotrze… Ja… To był tylko jeden raz… Byliśmy wtedy pokłóceni… Myślałam, że już po wszystkim…
Słowa wbijały się we mnie jak sztylety. Przez chwilę miałem ochotę uciec, zostawić wszystko za sobą. Ale potem spojrzałem na Zosię przez szybę – drobną, bladą dziewczynkę z kucykami i pluszowym króliczkiem przy boku.
Wróciłem do domu sam. Przez całą noc nie mogłem zasnąć. W głowie dudniło mi jedno pytanie: kim jestem dla Zosi? Czy mogę być jej ojcem, jeśli nie jestem jej ojcem biologicznym?
Następnego dnia wróciłem do szpitala. Zosia uśmiechnęła się na mój widok.
– Tato, przytulisz mnie? – zapytała cicho.
Przytuliłem ją mocno i poczułem, że to jest najważniejsze na świecie.
Kolejne tygodnie były jak życie na bombie zegarowej. Leczenie Zosi wymagało przeszczepu szpiku od zgodnego dawcy. Ja nie byłem zgodny. Magda też nie. Lekarze zaczęli szukać dawcy w bazie dawców szpiku.
W międzyczasie próbowałem rozmawiać z Magdą. Byliśmy razem od studiów – poznaliśmy się na Politechnice Warszawskiej podczas juwenaliów. Przeżyliśmy razem tyle lat, a teraz wszystko runęło w jednej chwili.
– Piotrze, przepraszam… – powtarzała w kółko Magda. – Kocham cię…
Nie potrafiłem jej wybaczyć. Każde spojrzenie bolało jak rana rozdrapana do krwi.
Zosia pytała czasem: – Tato, dlaczego jesteś smutny?
Nie umiałem odpowiedzieć.
Pewnego wieczoru usiadłem przy jej łóżku i opowiedziałem jej bajkę o królu, który zgubił koronę i musiał odnaleźć siebie na nowo. Zosia słuchała uważnie.
– Tato, a czy ten król był szczęśliwy potem? – zapytała.
– Myślę, że tak… Bo zrozumiał, że najważniejsze to mieć kogoś bliskiego przy sobie – odpowiedziałem drżącym głosem.
W końcu znaleziono dawcę szpiku dla Zosi. Przeszczep się udał. Po kilku miesiącach wróciłyśmy do domu – ja i Zosia. Magda wyprowadziła się do swojej matki na jakiś czas.
Zostałem sam z córką, która nie była moją córką biologiczną… ale była moim całym światem.
Nauczyłem się gotować jej ulubioną pomidorową z makaronem w kształcie literek. Nauczyłem się robić warkocze i czytać bajki na dobranoc bez łamania głosu ze wzruszenia.
Czasem Magda dzwoniła i pytała o Zosię. Odpowiadałem krótko, chłodno. Nie potrafiłem jeszcze wybaczyć.
Minął rok od przeszczepu. Zosia wróciła do szkoły i znów zaczęła grać na pianinie. Ja wróciłem do pracy w biurze projektowym, choć już nic nie było takie samo.
Pewnego wieczoru Zosia przyszła do mnie z rysunkiem: byliśmy tam we dwoje – ona i ja pod wielkim drzewem.
– Tato… Ty zawsze będziesz moim tatą? Nawet jeśli…
Przytuliłem ją mocno i poczułem łzy na policzkach.
– Tak, Zosiu. Zawsze będę twoim tatą.
Czasem myślę: czy można zacząć życie od nowa po takim ciosie? Czy miłość jest silniejsza niż zdrada? Może to właśnie dzieci uczą nas najwięcej o tym, czym jest prawdziwa rodzina…
A Wy? Czy potrafilibyście wybaczyć i zacząć wszystko od nowa?