Zdrada pod jednym dachem: Historia o tym, jak moja teściowa stała się moim największym wrogiem
— Aniu, nie martw się, na pewno wszystko się ułoży — powiedziała teściowa, stawiając przede mną talerz gorącej zupy pomidorowej. Jej głos był czuły, a dłonie delikatnie pogładziły mnie po ramieniu. Siedziałam przy kuchennym stole, z oczami pełnymi łez, próbując zrozumieć, dlaczego mój mąż znowu nie wrócił na noc. To był już trzeci raz w tym miesiącu.
Teściowa, pani Halina, była dla mnie jak druga mama. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy po ślubie z Piotrem, to ona nauczyła mnie gotować tradycyjny żurek i pokazała, gdzie kupować najlepsze warzywa na bazarze. Zawsze powtarzała, że jestem dla niej jak córka, której nigdy nie miała. Czułam się przy niej bezpiecznie, zwłaszcza gdy Piotr coraz częściej znikał z domu pod pretekstem pracy.
— Piotr ma teraz trudny okres w pracy, Aniu. Daj mu trochę czasu — powtarzała mi teściowa niemal codziennie. Wierzyłam jej. Przecież znała swojego syna lepiej niż ktokolwiek inny. Kiedy wracał późno w nocy lub nie wracał wcale, to ona tłumaczyła jego nieobecności: „Znowu musiał zostać na nadgodzinach”, „Szef go nie wypuścił”, „Przecież wiesz, jak bardzo się stara”.
Z czasem zaczęłam czuć się coraz bardziej samotna. Piotr był nieobecny nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Wspólne kolacje zamieniły się w szybkie przekąski przed telewizorem, rozmowy ograniczały się do wymiany informacji o rachunkach i zakupach. Gdy próbowałam porozmawiać z nim o naszych problemach, zbywał mnie krótkim „Nie teraz” albo wychodził z domu pod pretekstem spotkania ze znajomymi.
Pewnego wieczoru, kiedy Piotr znowu nie wrócił na noc, usiadłam z teściową przy kuchennym stole. — Halinko, czy ty naprawdę myślisz, że on mnie jeszcze kocha? — zapytałam drżącym głosem. Spojrzała na mnie z troską i uśmiechnęła się smutno.
— Oczywiście, Aniu. Piotr zawsze był zamknięty w sobie. Musisz być cierpliwa — odpowiedziała.
Chciałam jej wierzyć. Naprawdę chciałam. Ale coś we mnie zaczęło pękać. Zaczęłam zauważać drobiazgi: zapach damskich perfum na koszuli Piotra, ukradkowe wiadomości w jego telefonie, które szybko kasował. Gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać, wpadał w złość lub wychodził trzaskając drzwiami.
Pewnego dnia postanowiłam sprawdzić jego telefon. Znalazłam tam wiadomości od kobiety o imieniu Marta. Były pełne czułości i tęsknoty. Serce mi pękło. Z płaczem pobiegłam do teściowej.
— Halinko! On mnie zdradza! — wykrzyczałam przez łzy.
Teściowa spojrzała na mnie zaskoczona, ale szybko odzyskała spokój.
— Aniu… Może to tylko koleżanka z pracy? Nie wyciągaj pochopnych wniosków — powiedziała spokojnie.
Ale ja już wiedziałam swoje. Przez kolejne dni obserwowałam Piotra i teściową coraz uważniej. Zauważyłam, że kiedy Piotr wychodził wieczorem, teściowa zawsze dzwoniła do kogoś zaraz po jego wyjściu. Pewnego razu podsłuchałam jej rozmowę przez uchylone drzwi kuchni.
— Tak, Piotrek już wyszedł. Ania niczego się nie domyśla — szeptała do telefonu.
Zamarłam. To był głos kobiety, którą uważałam za swoją przyjaciółkę i matkę w jednym. Poczułam się zdradzona podwójnie: przez męża i przez teściową.
Następnego dnia postanowiłam skonfrontować się z obojgiem. Czekałam aż Piotr wróci do domu i poprosiłam ich oboje do kuchni.
— Chcę wiedzieć prawdę — powiedziałam stanowczo. — Czy ty mnie zdradzasz? I czy ty o tym wiedziałaś? — zwróciłam się do teściowej.
Piotr spuścił wzrok i milczał. Teściowa próbowała coś powiedzieć, ale głos jej się załamał.
— Aniu… Ja tylko chciałam chronić rodzinę… Myślałam, że jeśli będę pośredniczyć między wami, to wszystko się ułoży…
— Pośredniczyć?! — przerwałam jej z rozpaczą w głosie. — Ty pomagałaś mu mnie okłamywać! Gotowałaś mi zupę i pocieszałaś mnie wtedy, kiedy twój syn był z inną kobietą!
Piotr w końcu podniósł głowę.
— Przepraszam, Aniu… Nie potrafiłem ci powiedzieć prawdy…
Wybiegłam z domu i długo chodziłam po mieście bez celu. Warszawa wydawała mi się wtedy obca i zimna jak nigdy wcześniej. Czułam się jak bohaterka taniego melodramatu: zdradzona przez najbliższych ludzi pod własnym dachem.
Przez kolejne tygodnie mieszkałam u przyjaciółki. Teściowa dzwoniła codziennie, błagając o wybaczenie. Piotr przysyłał kwiaty i listy pełne przeprosin. Ale ja już nie potrafiłam im zaufać.
Najgorsze było to poczucie pustki i żalu po stracie nie tylko męża, ale też kobiety, którą traktowałam jak matkę. Zastanawiałam się setki razy: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy powinnam wcześniej zaufać własnej intuicji?
Dziś wiem jedno: czasem największą zdradą jest ta dokonana przez tych, których kochamy najbardziej. Może właśnie dlatego tak boli.
Czy można jeszcze zaufać ludziom po czymś takim? Czy rodzina to zawsze wsparcie… czy czasem największy wróg?