Na parkingu pod kościołem: Kiedy świat się wali w jednej chwili

– Co ty robisz?! – usłyszałam własny głos, choć miałam wrażenie, że to nie ja mówię. Stałam na parkingu pod kościołem św. Anny, z papierową torbą pełną jeszcze ciepłych bułek w rękach. Słońce świeciło mocno, a ja czułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Przed moimi oczami mój mąż, Janusz, całował kobietę, której twarzy nie znałam.

Nie wiem, ile to trwało – sekunda, minuta? Wydawało mi się, że czas się zatrzymał. Ludzie wychodzili z kościoła, dzieci biegały po trawie, a ja stałam jak wmurowana. Janusz odsunął się od niej gwałtownie, zobaczył mnie i zbladł. Kobieta spojrzała na mnie z przerażeniem i szybko odeszła w stronę samochodu.

– Marysiu… To nie tak… – zaczął Janusz, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.

– Nie tak? To jak? – głos mi drżał, a ręce ściskały torbę z bułkami tak mocno, że jedna z nich pękła.

Nie pamiętam nawet, jak wróciłam do domu. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego? Przecież byliśmy razem trzydzieści lat. Przeżyliśmy tyle – narodziny dzieci, choroby, remonty, święta i zwykłe dni. Myślałam, że już nic nas nie zaskoczy. Że jesteśmy jak stare drzewo – może trochę pochylone przez wiatr życia, ale wciąż mocno zakorzenione.

W domu panowała cisza. Syn był u dziewczyny, córka studiowała w Krakowie. Usiadłam przy stole i patrzyłam na bułki rozsypane na blacie. Przez chwilę miałam ochotę rzucić nimi o ścianę. Zamiast tego zaczęłam płakać – cicho, bezgłośnie, jakby łzy mogły wypłukać ból z mojego serca.

Janusz wrócił po godzinie. Siedziałam wtedy na kanapie, owinięta kocem, z kubkiem zimnej już kawy w dłoniach.

– Marysiu… Proszę cię, pozwól mi wyjaśnić – zaczął niepewnie.

– Wyjaśnić co? Że całujesz inną kobietę pod kościołem? Czy może to, że przez trzydzieści lat żyłam w kłamstwie?

Usiadł naprzeciwko mnie i spuścił wzrok.

– To nie jest tak… To się stało niedawno. Poznałem ją w pracy. Było mi ciężko ostatnio… Ty też byłaś taka zamknięta w sobie… Zaczęliśmy rozmawiać… I jakoś tak wyszło…

– Jakoś tak wyszło? – powtórzyłam z goryczą. – Janusz, przez tyle lat byliśmy razem! Myślałam, że możemy sobie ufać!

Nie odpowiedział. Siedzieliśmy w milczeniu. W głowie miałam mętlik: gniew mieszał się ze smutkiem, żal z poczuciem winy. Czy naprawdę byłam taka zamknięta? Czy przegapiłam moment, kiedy nasze życie zaczęło się rozpadać?

Następne dni były jak koszmar na jawie. Unikaliśmy się nawzajem. Ja chodziłam do pracy wcześniej niż zwykle, wracałam później. Janusz spał na kanapie w salonie. Syn zauważył napiętą atmosferę i próbował coś wyciągnąć ode mnie podczas kolacji:

– Mamo, wszystko w porządku?

– Tak, synku – skłamałam. – Po prostu jestem zmęczona.

Nie chciałam go martwić. Nie chciałam nikogo martwić. Ale czułam się coraz bardziej samotna. Nawet moja przyjaciółka Basia zauważyła zmianę:

– Marysia, co się dzieje? Wyglądasz jak cień samej siebie.

W końcu nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. Basia objęła mnie i powiedziała:

– Musisz pomyśleć o sobie. O tym, czego chcesz. Nie o nim.

Ale czego ja chciałam? Odejść? Zostać? Wybaczyć? Każda opcja wydawała się równie bolesna.

Pewnego wieczoru Janusz przyszedł do mnie do kuchni. Stałam przy oknie i patrzyłam na ogród.

– Marysiu… Ja naprawdę żałuję. To był błąd. Nie chcę cię stracić.

Odwróciłam się do niego i spojrzałam mu prosto w oczy.

– Dlaczego to zrobiłeś?

Westchnął ciężko.

– Czułem się niewidzialny… Jakbyśmy byli tylko współlokatorami. Praca, dom, dzieci… Wszystko było ważniejsze niż my.

Zrobiło mi się przykro. Może rzeczywiście za bardzo skupiłam się na wszystkim innym? Ale czy to usprawiedliwia zdradę?

Przez kolejne tygodnie próbowaliśmy rozmawiać – szczerze, bez udawania. Były łzy, krzyki i ciche wieczory spędzone osobno. Dzieci zaczęły coś podejrzewać. Córka zadzwoniła pewnego dnia:

– Mamo, czy wszystko u was dobrze?

Chciałam powiedzieć „tak”, ale nie potrafiłam już kłamać.

– Nie wiem, kochanie… Staramy się jakoś to poukładać.

Z czasem zaczęliśmy chodzić razem na spacery po lesie za miastem. Rozmawialiśmy o przeszłości, o tym co nas bolało i czego nam brakowało. Było trudno – bardzo trudno – ale powoli zaczynałam rozumieć siebie i jego.

Czy wybaczyłam? Nie wiem. Może trochę. Może jeszcze nie do końca. Ale wiem jedno: nie chcę żyć w kłamstwie ani udawać przed sobą i innymi.

Czasem patrzę na Janusza i zastanawiam się: czy można odbudować coś, co zostało tak mocno zranione? Czy miłość naprawdę wszystko wybacza? A może są rany, które nigdy się nie zagoją?

Może każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć na te pytania…