Blizny, które nigdy się nie goją: Cień obcej kobiety w moim małżeństwie
– Znowu wracasz późno, Michał? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie, choć w środku już dawno wszystko się we mnie gotowało. Stałam w kuchni, z rękami opartymi o blat, patrząc na zegar. Była prawie północ. Słyszałam jego kroki na klatce schodowej, a potem cichy szelest klucza w zamku. Wszedł do mieszkania z tym samym zmęczonym wyrazem twarzy, który widziałam od miesięcy.
– Przepraszam, kochanie, miałem dużo pracy – mruknął, nawet na mnie nie patrząc.
Nie odpowiedziałam. W mojej głowie już od dawna krążyły podejrzenia, ale wtedy jeszcze nie miałam dowodów. Dopiero kilka dni później, kiedy przypadkiem zobaczyłam wiadomość na jego telefonie – krótką, ale wymowną: „Tęsknię za tobą” – świat się zatrzymał. To była wiadomość od niej. Od tej drugiej.
Przez pierwsze godziny po odkryciu prawdy nie mogłam oddychać. Siedziałam na podłodze w łazience, ściskając telefon w dłoni, a łzy spływały mi po policzkach. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego on? Dlaczego ja? Przecież byliśmy szczęśliwi… czy tylko mi się wydawało?
Kiedy w końcu zdobyłam się na rozmowę z Michałem, nie zaprzeczał. Patrzył na mnie tymi swoimi szarymi oczami i powiedział tylko: – Przepraszam. To był błąd.
Ale czy zdrada może być tylko błędem? Czy można ją wymazać jednym słowem? Przez kolejne miesiące próbowałam uwierzyć, że tak. Chodziliśmy razem na terapię, rozmawialiśmy godzinami, płakaliśmy i kłóciliśmy się. Michał przysięgał, że to koniec, że już nigdy więcej mnie nie zrani. Ale ja czułam, że coś we mnie pękło na zawsze.
Najgorsze były noce. Leżałam obok niego w łóżku i zastanawiałam się, czy myśli o niej. Czy porównuje nas? Czy żałuje? Każdy jego gest wydawał mi się podejrzany. Każda wiadomość na telefonie była jak nóż w serce.
Minęły dwa lata. Nauczyłam się żyć z bólem, który stał się częścią mnie. Nauczyłam się uśmiechać do ludzi i udawać, że wszystko jest w porządku. Nawet nasze dzieci uwierzyły, że mama i tata znowu są szczęśliwi.
Aż do tamtego dnia.
Była sobota. Stałam w kolejce do piekarni, kiedy zobaczyłam ją – kobietę z wiadomości. Poznałam ją od razu: długie ciemne włosy, delikatny uśmiech, spojrzenie pełne pewności siebie. Przez chwilę miałam ochotę uciec, ale coś mnie powstrzymało. Może to była ciekawość, może gniew.
Podeszła do mnie sama.
– Ty jesteś Ania? – zapytała cicho.
Poczułam, jak serce wali mi jak oszalałe.
– Tak – odpowiedziałam sztywno.
– Przepraszam… Nie chciałam… – zaczęła mówić, ale przerwałam jej.
– Nie chcesz wiedzieć, ile razy słyszałam to słowo – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Patrzyła na mnie przez chwilę w milczeniu.
– On cię kocha – powiedziała nagle. – Wiem to. Nigdy nie przestał.
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż zabolało.
– To dlaczego…? – głos mi się załamał.
– Bo czasem ludzie robią głupie rzeczy – odpowiedziała spokojnie. – Ale to nie znaczy, że nie żałują.
Wyszłam z piekarni bez chleba i bez słowa. Całą drogę do domu płakałam jak dziecko. Po raz pierwszy od dawna poczułam się naprawdę bezradna.
Wieczorem Michał zauważył moje czerwone oczy.
– Co się stało? – zapytał z troską.
– Spotkałam ją – odpowiedziałam cicho.
Zbladł. Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy.
– Aniu… Ja naprawdę cię kocham – powiedział w końcu. – Wiem, że cię zraniłem i nigdy sobie tego nie wybaczę.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach strach i ból. Może naprawdę żałował? Może naprawdę chciał naprawić to wszystko?
Ale czy ja potrafię wybaczyć? Czy potrafię zapomnieć?
Od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Staramy się żyć normalnie, dla dzieci, dla siebie nawzajem. Czasem nawet śmiejemy się razem jak dawniej. Ale kiedy patrzę w lustro, widzę kobietę z blizną na sercu – blizną po zdradzie, która nigdy się nie zagoi.
Czasami zastanawiam się: czy naprawdę można zacząć od nowa? Czy są rany, które zostają z nami na zawsze? Może każdy z nas nosi w sobie taki cień…