Niespodziewana propozycja mojego byłego męża – czy powinnam zaufać dla dobra naszej córki?

– Mamo, ktoś dzwoni do drzwi! – krzyknęła Zosia z przedpokoju, a ja poczułam, jak serce podskakuje mi do gardła. Był piątkowy wieczór, padał deszcz, a ja właśnie kończyłam zmywać naczynia po kolacji. Nie spodziewałam się nikogo. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam jego. Michał stał w progu, przemoczony, z niepewnym uśmiechem na twarzy. Mój były mąż. Ten sam, który sześć lat temu roztrzaskał moje serce na milion kawałków.

– Cześć, Aniu – powiedział cicho. – Mogę wejść?

Zosia patrzyła na mnie pytająco. Miała wtedy dziesięć lat i choć nie pamiętała już dobrze czasów, gdy mieszkaliśmy razem, wiedziała, że tata pojawia się rzadko i zawsze tylko na chwilę.

Wpuściłam go do środka. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Michał spojrzał na Zosię i uśmiechnął się nieśmiało.

– Wyrosłaś na piękną dziewczynkę – powiedział, a ona tylko skinęła głową i uciekła do swojego pokoju.

Usiedliśmy w kuchni. Słychać było tylko szum deszczu za oknem i cichy stukot moich palców o blat stołu. W końcu Michał odezwał się pierwszy:

– Wiem, że nie mam prawa prosić cię o nic po tym wszystkim… Ale muszę spróbować. Chodzi o Zosię.

Poczułam, jak ściska mnie w żołądku. Przez lata nauczyłam się żyć bez niego. Po jego zdradzie i rozwodzie zostałam sama z dzieckiem, kredytem i poczuciem winy, że nie potrafiłam utrzymać rodziny. Pracowałam na dwa etaty, żeby niczego jej nie brakowało. Michał pojawiał się sporadycznie – raz na święta, raz na urodziny. Zawsze z prezentem, nigdy z czasem.

– Co się stało? – zapytałam ostrożnie.

Michał spuścił wzrok.

– Dostałem propozycję pracy w Norwegii. To duży projekt budowlany, świetna kasa… Ale jest jeden warunek: muszę tam być przez dwa lata. I… Chciałbym zabrać Zosię ze sobą. Tam są lepsze szkoły, możliwości nauki języka… Mogłaby mieć lepszy start.

Zatkało mnie. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

– Chcesz zabrać mi córkę? Po tym wszystkim? – wyszeptałam.

– Nie zabrać – odpowiedział szybko. – Chcę dać jej szansę. I naprawić to, co zepsułem. Wiem, że byłem fatalnym ojcem… Ale chcę to zmienić.

W mojej głowie kłębiły się myśli. Przypomniałam sobie wszystkie samotne wieczory, kiedy Zosia pytała o tatę. Wszystkie łzy w poduszkę i tłumaczenia, że tata jest zajęty pracą. Przypomniałam sobie też momenty, gdy patrzyła z zazdrością na koleżanki mające pełne rodziny.

– A co ze mną? – zapytałam cicho. – Mam oddać ci ją na dwa lata? Jakby była walizką?

Michał spojrzał mi prosto w oczy.

– Możesz przyjeżdżać kiedy chcesz. Nawet zamieszkać z nami…

Roześmiałam się gorzko.

– Po tym wszystkim? Myślisz, że moglibyśmy udawać rodzinę?

Nie odpowiedział. Siedzieliśmy w ciszy jeszcze dłuższą chwilę. W końcu Michał wstał i podszedł do drzwi.

– Przemyśl to, proszę – powiedział cicho. – To dla niej.

Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, patrząc na śpiącą Zosię. Wyglądała tak spokojnie… Czy miałam prawo decydować za nią? Czy powinnam pozwolić jej wyjechać z ojcem, którego ledwo znała? Czy powinnam zaufać człowiekowi, który mnie zdradził i zostawił?

Następnego dnia usiadłam z Zosią przy stole.

– Kochanie… Tata chce ci coś zaproponować – zaczęłam ostrożnie.

Zosia spojrzała na mnie wielkimi oczami.

– Czy ja zrobiłam coś źle?

Zabolało mnie to pytanie bardziej niż wszystko inne.

– Nie, skarbie… Tata chce zabrać cię do Norwegii na dwa lata. Chce, żebyś chodziła tam do szkoły i nauczyła się języka…

Zosia milczała przez chwilę.

– A ty?

– Ja zostanę tutaj… Ale mogłabym cię odwiedzać.

Widziałam w jej oczach strach i ciekawość jednocześnie.

– A jeśli nie będę chciała tam być?

– Wrócisz do domu – obiecałam drżącym głosem.

Przez kolejne dni rozmawialiśmy o tym bez końca. Zosia była rozdarta – chciała spróbować czegoś nowego, ale bała się rozłąki ze mną. Ja byłam rozdarta jeszcze bardziej – bałam się stracić ją na zawsze, ale jeszcze bardziej bałam się odebrać jej szansę na lepszą przyszłość.

Moja mama była przeciwna:

– On już raz cię zostawił! Teraz chcesz oddać mu wnuczkę?

Ojciec milczał przez cały obiad, aż w końcu powiedział tylko:

– To twoja decyzja, Aniu. Ale pamiętaj: dziecko potrzebuje matki.

Przyjaciółki radziły różnie: jedna mówiła „puść ją”, druga „nie ryzykuj”.

W końcu spotkałam się z Michałem jeszcze raz. Siedzieliśmy w tej samej kuchni co zawsze.

– Jeśli ją skrzywdzisz… – zaczęłam.

– Nie skrzywdzę – przerwał mi stanowczo. – Przysięgam.

Patrzyliśmy sobie w oczy długo i ciężko było mi uwierzyć w tę nagłą przemianę człowieka, który kiedyś był mi najbliższy na świecie.

Ostatecznie zgodziłam się pod jednym warunkiem: jeśli Zosia będzie nieszczęśliwa lub zatęskni za domem – wraca natychmiast. Michał podpisał wszystko u notariusza bez mrugnięcia okiem.

Dziś mija pół roku odkąd Zosia wyjechała do Norwegii z ojcem. Rozmawiamy codziennie przez telefon i widzę ją przez kamerę – jest szczęśliwa, poznaje nowych przyjaciół, mówi już płynnie po norwesku. Ale każdej nocy zasypiam z pytaniem: czy zrobiłam dobrze? Czy można naprawić przeszłość dla dobra dziecka? Czy wybaczenie naprawdę jest możliwe?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy matka powinna być zawsze silna? A może czasem największą siłą jest pozwolić odejść?