Uciekłam z domu, bo nie mogłam już dłużej dźwigać ciężaru rodzinnych oczekiwań

— Znowu siedzisz w swoim pokoju, jakbyś nie miała tu żadnych obowiązków! — głos mamy przebił się przez cienką ścianę, a ja poczułam znajome ukłucie w żołądku. W tej chwili wiedziałam, że nie mam już siły. Siedziałam na podłodze, oparta o łóżko, patrząc na swoje spakowane torby. W głowie miałam tylko jedno: muszę stąd uciec, zanim całkiem się rozpadnę.

Mam na imię Julia. Mam dziewiętnaście lat i przez całe życie byłam tą „drugą” — tą zdrową, tą, która powinna pomagać. Mój brat Michał od dziecka choruje na dystrofię mięśniową. W naszym domu wszystko kręciło się wokół jego potrzeb: leki, rehabilitacje, wizyty u lekarzy. Mama była zawsze spięta, zmęczona i rozgoryczona. Ojciec odszedł, kiedy miałam jedenaście lat. Zostawił nas z długami i obietnicą, że „będzie dzwonił”. Nie dzwonił.

Od tamtej pory mama coraz częściej wyżywała się na mnie. Każda moja próba wyjścia z domu kończyła się awanturą. — Ty egoistko! — krzyczała. — Michał cierpi, a ty tylko myślisz o sobie! — Czasem rzucała talerzami, czasem płakała. Ale najczęściej po prostu mnie ignorowała albo obrzucała wyzwiskami.

W liceum próbowałam być niewidzialna. Nie zapraszałam nikogo do domu. Wstydziłam się tego chaosu, tej wiecznej wojny. Nauczyciele pytali, czemu jestem taka zamknięta w sobie. Nie umiałam odpowiedzieć. W środku czułam się jak cień.

Wszystko zmieniło się w dniu matury. Michał miał atak duszności, a mama oskarżyła mnie o to, że nie podałam mu inhalatora na czas. — To twoja wina! — wrzeszczała przez łzy. — Gdyby coś mu się stało, nigdy bym ci tego nie wybaczyła! — Stałam wtedy w kuchni i patrzyłam na nią jak na obcą osobę. Wtedy coś we mnie pękło.

Po maturze spakowałam torby w nocy. Michał spał, mama była w swoim pokoju. Zostawiłam kartkę: „Nie mogę tu dłużej być. Przepraszam.”

Przez pierwsze dni spałam u koleżanki z klasy, Magdy. Jej rodzice przyjęli mnie bez pytań, ale widziałam w ich oczach niepokój. — Julia, twoja mama dzwoniła do szkoły — powiedziała Magda pewnego ranka. — Pytała, czy ktoś cię widział. Była… no… bardzo zdenerwowana.

Wtedy zaczęły się wiadomości. Najpierw SMS-y: „Wracaj natychmiast, bo pożałujesz!” Potem coraz bardziej wulgarne: „Jesteś nikim! Mam nadzieję, że zdechniesz na ulicy!” Zmieniałam numer telefonu trzy razy. Mama za każdym razem znajdowała sposób, by napisać z innego numeru albo przez Facebooka.

Czasem próbowałam nie czytać tych wiadomości, ale ciekawość wygrywała. Każda nowa wiadomość wbijała mi nóż w serce:

„Jak możesz zostawić własnego brata? Gdybyś była normalna, pomogłabyś mi! Jesteś przeklęta!”

„Mam nadzieję, że zachorujesz tak jak on i wtedy zobaczysz, jak to jest!”

„Nie jesteś już moją córką!”

Próbowałam rozmawiać o tym z Magdą, ale ona tylko przytulała mnie i mówiła: — To nie twoja wina. Musisz myśleć o sobie.

Ale jak mam myśleć o sobie, kiedy całe życie słyszałam, że jestem winna wszystkiemu?

Znalazłam pracę w kawiarni niedaleko dworca PKP. Pracowałam na zmiany, żeby zarobić na wynajem pokoju w starym bloku na Pradze. Każdego dnia budziłam się z lękiem: a jeśli mama przyjdzie? A jeśli Michał naprawdę coś sobie zrobi?

Czasem śniło mi się dzieciństwo: ja i Michał bawimy się na podwórku pod blokiem w Radomiu. Mama jeszcze wtedy się uśmiechała. Ojciec robił nam zdjęcia starym aparatem analogowym. Potem wszystko się rozpadło.

Jednej nocy dostałam wiadomość od mamy: „Twój brat jest w szpitalu przez ciebie! Jesteś potworem!”

Nie spałam całą noc. Rano zadzwoniłam do szpitala — Michał rzeczywiście miał zapalenie płuc, ale był już pod opieką lekarzy. Chciałam go odwiedzić, ale bałam się spotkać mamę.

Zadzwoniłam do babci z Krakowa, mamy matki. Nie rozmawiałyśmy od lat.

— Julia? — jej głos był cichy i drżący.
— Babciu… ja już nie wiem, co robić…
— Dziecko… twoja mama nigdy nie pogodziła się z chorobą Michała. Ale to nie twoja wina.

Rozpłakałam się po raz pierwszy od miesięcy.

Babcia zaprosiła mnie do siebie na kilka dni. Pojechałam pociągiem do Krakowa i pierwszy raz od dawna poczułam spokój. Babcia piekła szarlotkę i słuchała moich opowieści bez oceniania.

— Twoja mama zawsze była uparta i dumna — powiedziała pewnego wieczoru. — Ale to nie znaczy, że masz poświęcić swoje życie dla niej.

Zaczęłam chodzić do psychologa w Krakowie. Uczyłam się mówić „nie”. Uczyłam się oddychać bez poczucia winy.

Mama dalej pisała wiadomości pełne nienawiści. Czasem blokowałam numery automatycznie, czasem czytałam je z ciekawością: czy jeszcze może mnie bardziej zranić? Ale powoli przestawały robić na mnie takie wrażenie.

Michał napisał do mnie raz:

„Julia… tęsknię za tobą.”

Odpisałam: „Ja też tęsknię. Ale muszę teraz zadbać o siebie.”

Czasem zastanawiam się, czy kiedykolwiek będziemy rodziną bez bólu i pretensji.

Czy można kochać kogoś i jednocześnie uciekać przed nim? Czy jestem egoistką? A może po prostu pierwszy raz w życiu próbuję być sobą?