Pół życia na cudzych warunkach: Moja walka o własny głos

– Michał, kiedy przelejesz te pieniądze? – głos mamy rozbrzmiewał w słuchawce, jakby była tuż obok mnie, a nie 300 kilometrów dalej w naszym rodzinnym domu pod Radomiem.

Zacisnąłem zęby. Był wtorek, godzina 22:15. Właśnie wróciłem z pracy, a w lodówce miałem tylko światło i słoik ogórków kiszonych.

– Mamo, mówiłem ci już, że wypłatę dostanę dopiero w piątek. – Starałem się mówić spokojnie, ale czułem, jak narasta we mnie frustracja.

– Ale ekipa już czeka! Tata się denerwuje, bo bez tych pieniędzy nie ruszą z łazienką. Ty wiesz, ile to wszystko kosztuje? – Jej głos drżał, jakby zaraz miała się rozpłakać.

Przez chwilę miałem ochotę rzucić telefonem o ścianę. Osiem miesięcy. Osiem miesięcy przelewam im połowę pensji na ten przeklęty remont. Sam ledwo wiążę koniec z końcem w wynajmowanym pokoju na warszawskiej Pradze. Ale przecież jestem jedynakiem. Ich jedyną nadzieją. Ich inwestycją.

W dzieciństwie byłem grzecznym chłopcem. Zawsze z kluczem na szyi, wracający prosto do domu po szkole. Mama – wiecznie zmartwiona, czy nie zgubiłem czapki albo nie dostałem złej oceny. Tata – milczący, surowy, z wiecznym papierosem w ustach i pretensją w oczach. „Michał, nie garb się! Michał, nie siedź tyle przy komputerze! Michał, nie rozmawiaj z tymi łobuzami z sąsiedztwa!” – powtarzali jak mantrę.

W liceum próbowałem się buntować. Przyniosłem do domu kolczyk w uchu – mama płakała przez dwa dni, tata nie odzywał się przez tydzień. Potem przyszedł czas na studia w Warszawie. To był mój pierwszy krok ku wolności. Ale nawet wtedy nie mogłem się uwolnić od ich oczekiwań.

– Synku, pamiętaj, żeby nie zadawać się z tymi studentami z filozofii. Oni tylko piją i palą – mówiła mama przez telefon co drugi dzień.

– Michał, jak nie skończysz studiów inżynierskich, to możesz zapomnieć o powrocie do domu – groził tata.

Skończyłem więc informatykę, choć marzyłem o psychologii. Pracuję teraz w korporacji jako programista. Zarabiam nieźle jak na swoje lata, ale połowa mojej pensji znika każdego miesiąca na „remont” rodzinnego domu.

Pamiętam pierwszy dzień remontu. Mama zadzwoniła o szóstej rano:

– Michałku, ekipa już jest! Tylko musisz przelać zaliczkę.

Nie miałem odwagi odmówić. W głowie słyszałem jej płacz i widziałem wzrok ojca – ten sam, którym karcił mnie za każdą próbę sprzeciwu.

Z czasem zacząłem czuć się jak bankomat. Każda rozmowa sprowadzała się do pieniędzy:

– Michał, a może byś jeszcze dorzucił na nowe okna?
– Michałku, kafelki są droższe niż myśleliśmy…
– Synu, przecież to też twój dom!

A ja? Ja miałem własne życie na pauzie. Moja dziewczyna – Kasia – odeszła dwa miesiące temu. Powiedziała:

– Michał, ty nigdy nie jesteś naprawdę ze mną. Zawsze jesteś tam, gdzie twoi rodzice.

Nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Bo miała rację.

W pracy coraz częściej łapałem się na tym, że gapię się bezmyślnie w ekran. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:

– Michał, co się dzieje? Zawsze byłeś sumienny, a teraz…

Nie umiałem jej powiedzieć prawdy. Że jestem zmęczony życiem na cudzych warunkach.

W weekendy jeżdżę do rodziców pomagać przy remoncie. Wchodzę do domu i czuję ten sam zapach farby i wilgoci co kiedyś. Mama biega po kuchni, tata klnie pod nosem nad pękniętą rurą.

– Michał! Weź młotek! – krzyczy ojciec.
– Michałku, zjesz coś? – pyta mama z troską podszytą wyrzutem.

Czasem mam ochotę wybiec z tego domu i nigdy nie wracać. Ale potem widzę ich zmęczone twarze i czuję się winny.

Pewnego dnia podczas obiadu wybuchła kłótnia:

– Michał, ile jeszcze będziesz nam pomagał? – zapytał ojciec nagle.
– Jak to ile? Przecież to wasz dom! – odpowiedziałem ostro.
– Nasz dom? Ty tu już prawie nie mieszkasz! Może czas pomyśleć o sobie?

Mama rozpłakała się:

– Nie kłóćcie się… Ja tylko chcę, żebyśmy byli rodziną…

Wyszedłem wtedy na podwórko i usiadłem na starym rowerze z dzieciństwa. Czułem się jak wtedy – mały chłopiec zagubiony między oczekiwaniami rodziców a własnymi marzeniami.

Wieczorem zadzwoniła Kasia:

– Michał… Tęsknię za tobą. Ale nie mogę być z kimś, kto żyje dla innych.

Zrozumiałem wtedy, że muszę coś zmienić. Następnego dnia powiedziałem rodzicom:

– Od przyszłego miesiąca nie będę już mógł wam tyle pomagać finansowo. Muszę zadbać o siebie.

Mama płakała przez godzinę. Tata milczał przez dwa dni. Ale ja po raz pierwszy poczułem ulgę.

Dziś mija trzeci miesiąc od tej rozmowy. Rodzice powoli przyzwyczajają się do nowej sytuacji. Ja uczę się żyć dla siebie – choć to trudniejsze niż myślałem.

Czasem pytam siebie: czy naprawdę jesteśmy winni rodzicom wszystko? Czy można kochać i pomagać bez utraty siebie? Może wy mi powiecie…