Ostatnia szansa: Historia upadku i nadziei w polskiej rodzinie

– Wyjdź stąd, zanim zrobię coś, czego będę żałował! – wrzasnąłem, czując jak krew pulsuje mi w skroniach. Stałem na środku kuchni, a moja żona, Iwona, patrzyła na mnie z takim bólem w oczach, że aż mnie ścisnęło w gardle. Za drzwiami słyszałem szuranie – to nasza córka, Zuzia, próbowała podsłuchać, co się dzieje. Wiedziałem, że sąsiedzi już pewnie stoją pod płotem i komentują, bo u nas na osiedlu nic się nie ukryje.

– Tomek, opanuj się! – Iwona próbowała mówić spokojnie, ale jej głos drżał. – Dzieci wszystko słyszą. Nie rób tego sobie… nie rób tego nam.

– A co ja mam robić?! – rzuciłem szklanką o ścianę. Szkło rozprysło się na kafelkach. – Od miesięcy czuję się jak powietrze! Pracuję po godzinach, żebyście mieli wszystko, a ty… ty nawet nie patrzysz mi w oczy!

– Przestań! – krzyknęła nagle. – To nieprawda! Ale jak mam patrzeć na ciebie, kiedy wracasz pijany i zaczynasz awantury? Myślisz, że dzieci nie widzą?

Zamilkłem. Przez chwilę słychać było tylko tykanie zegara i cichy szloch Zuzi za drzwiami. Wtedy poczułem się jak najgorszy człowiek na świecie.

Nie zawsze tak było. Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Poznałem Iwonę na studiach w Krakowie – ona z Nowego Sącza, ja z małej wsi pod Tarnowem. Była piękna, mądra i miała w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się prostszy. Po ślubie zamieszkaliśmy u moich rodziców – to był błąd numer jeden.

Moja matka nigdy nie zaakceptowała Iwony. „Miastowa, będzie cię zdradzać, Tomek!” – powtarzała przy każdej okazji. Ojciec milczał, ale widziałem w jego oczach cień aprobaty dla jej słów. Iwona próbowała się starać – gotowała, sprzątała, nawet chodziła z matką na działkę. Ale zawsze było coś nie tak: za słona zupa, źle wyprasowana koszula ojca.

Po roku urodziła się Zuzia. Myślałem, że to wszystko zmieni. Ale matka tylko narzekała: „Dziecko płacze przez całą noc! Kiedyś dzieci były grzeczne…” Iwona coraz częściej płakała po nocach.

Wtedy pojawił się Paweł – mój brat. Zawsze był ulubieńcem rodziców: skończył politechnikę, dostał pracę w Warszawie i przyjeżdżał tylko na święta. Kiedy wrócił na Wielkanoc z narzeczoną, wszyscy byli zachwyceni. „Zobacz, Tomek, jaką Paweł ma dziewczynę!” – matka nie mogła się nachwalić. Iwona siedziała wtedy przy stole jak cień.

Zacząłem pić. Najpierw jedno piwo po pracy, potem dwa. W końcu przynosiłem do domu wódkę i wypijałem pół butelki przed snem. Iwona próbowała ze mną rozmawiać:

– Tomek… boję się o ciebie. Boję się o nas.

– Przesadzasz! – odburknąłem. – Wszyscy piją.

Ale ona nie dawała za wygraną:

– Nie chcę tak żyć! Nie chcę, żeby Zuzia widziała cię takiego!

Wtedy pierwszy raz ją popchnąłem. Nie mocno – przynajmniej tak sobie tłumaczyłem – ale widziałem przerażenie w jej oczach.

Potem przyszły plotki. Sąsiadka spod piątki powiedziała mi kiedyś na klatce:

– Panie Tomku… żona to chyba z kimś się spotyka? Widziałam ją z jakimś facetem pod sklepem.

Zazdrość rozlała się we mnie jak trucizna. Zacząłem ją śledzić – sprawdzałem telefon, przeglądałem jej wiadomości na Facebooku. Nic nie znalazłem, ale to tylko pogłębiało moją paranoję.

Któregoś dnia wróciłem wcześniej z pracy i zobaczyłem ją rozmawiającą przez furtkę z sąsiadem – panem Jankiem, wdowcem od lat. Śmiała się z czegoś, a on trzymał rękę na jej ramieniu.

– Co to miało być?! – wrzasnąłem wieczorem.

– Rozmawiałam tylko! Janek prosił o pomoc z komputerem!

– Jasne! Myślisz, że jestem głupi?

Od tej pory każdy dzień był walką. Praca stała się ucieczką – brałem nadgodziny, żeby nie wracać do domu. Zuzia zamknęła się w sobie; coraz częściej słyszałem od wychowawczyni, że jest smutna i nie chce rozmawiać z innymi dziećmi.

Pewnego wieczoru Iwona spakowała walizkę.

– Tomek… ja już nie mogę. Zuzia i ja jedziemy do mojej mamy do Nowego Sącza.

Zamarłem.

– Nie możesz mi tego zrobić! – krzyknąłem rozpaczliwie.

– To ty nam to robisz od miesięcy…

Wyszedłem wtedy z domu i włóczyłem się po osiedlu do rana. Wróciłem pijany i zobaczyłem pusty pokój Zuzi, łóżko bez pościeli i zdjęcie ślubne rzucone na podłogę.

Przez kolejne tygodnie żyłem jak zombie. Matka triumfowała:

– Mówiłam ci! Miastowa cię zostawiła!

Ojciec tylko poklepał mnie po ramieniu:

– Weź się w garść, synu.

Ale ja nie potrafiłem. Straciłem pracę przez spóźnienia i alkohol. Paweł zadzwonił raz:

– Tomek… jeśli potrzebujesz pomocy…

– Nie potrzebuję niczego od ciebie! – rzuciłem słuchawką.

W końcu zadzwoniła Iwona:

– Tomek… Zuzia chce cię zobaczyć. Ale musisz być trzeźwy.

To był mój ostatni ratunek. Poszedłem na terapię do ośrodka w Tarnowie. Tam poznałem ludzi takich jak ja – przegranych ojców, mężów po rozwodach, kobiety bite przez mężów pijaków.

Po trzech miesiącach terapii zadzwoniłem do Iwony:

– Jestem czysty od 90 dni… Mogę przyjechać?

Zgodziła się nie od razu. Najpierw chciała porozmawiać przez telefon razem z Zuzią.

– Tato… tęsknię za tobą – powiedziała cicho moja córka.

Popłakałem się wtedy jak dziecko.

Pojechałem do Nowego Sącza z kwiatami i listem przeprosin dla Iwony i Zuzi. Rozmowa była trudna:

– Tomek… nie wiem, czy potrafię ci jeszcze zaufać – powiedziała Iwona szczerze.

– Wiem… Ale będę walczył o was do końca życia.

Minął rok od tamtej rozmowy. Nadal mieszkam sam w naszym domu pod Tarnowem. Pracuję jako kierowca autobusu szkolnego – dzieciaki śmieją się ze mnie czasem, ale przynajmniej jestem trzeźwy i mam dla kogo żyć.

Iwona powoli zaczyna mi ufać na nowo; Zuzia przyjeżdża do mnie na weekendy. Czasem siedzimy razem przy stole i rozmawiamy o wszystkim – o szkole, o marzeniach Zuzi, o tym jak bardzo ją kocham.

Często myślę: ile razy człowiek może dostać ostatnią szansę? Czy naprawdę potrafimy wybaczać sobie nawzajem? Czy ja sam kiedyś wybaczę sobie to wszystko?