Nazywali mnie ciocią, ale patrzyli tylko na mój adres: Jak prawie straciłam dom przez własną rodzinę
„Ciociu, a może byś się przeprowadziła do czegoś mniejszego? Przecież tu tyle miejsca się marnuje…” – te słowa usłyszałam od Magdy, córki mojej siostry, pewnego zimowego popołudnia. Siedziałyśmy przy kuchennym stole, a śnieg za oknem cicho osiadał na parapecie. Zaparzyłam dla nas herbatę z cytryną, jak zawsze o siedemnastej. Magda patrzyła na mnie z uśmiechem, ale jej oczy były chłodne, jakby już coś postanowiła.
Nie od razu zrozumiałam, co się dzieje. Przez lata byłam dla niej drugą matką – to ja odbierałam ją z przedszkola, to ja kupowałam jej pierwsze książki, to do mnie przychodziła po radę, kiedy pokłóciła się z matką. Zawsze mówiła do mnie „ciociu”, ale w jej głosie czułam coraz więcej dystansu. Ostatnio coraz częściej dzwoniła, pytała o zdrowie, o codzienność – wtedy myślałam, że po prostu się troszczy. Teraz widziałam, że jej zainteresowanie miało inny cel.
Moje mieszkanie… Trzypokojowe w starej kamienicy w centrum miasta. Wysokie sufity, skrzypiący parkiet, drzwi z mlecznymi szybami – wszystko to miało dla mnie wartość nie tylko materialną. To tu przeżyłam większość życia. Tu śmiałam się i płakałam, tu kochałam i żegnałam najbliższych. Po śmierci rodziców zostałam sama. Siostra wyjechała do Niemiec, kontakt się rozluźnił. Magda została w Polsce, skończyła studia, wyszła za mąż. Mieszkała z mężem i dwójką dzieci w ciasnym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Często narzekała na brak miejsca i wysokie czynsze.
Tego dnia Magda przyszła z dziećmi. Chłopcy biegali po mieszkaniu, zaglądali do każdego kąta. „Ale tu fajnie! Możemy tu zamieszkać?” – zapytał młodszy z nich, Michałek. Magda uśmiechnęła się tylko pod nosem i spojrzała na mnie pytająco. Poczułam niepokój.
Wieczorem zadzwoniła moja siostra. „Wiesz, Magda ma ciężko. Może mogłabyś jej pomóc? Ty jesteś sama, a ona ma rodzinę…” – zaczęła ostrożnie. Znałam ten ton głosu – zawsze tak mówiła, kiedy czegoś chciała. „Nie rozumiem… Chcesz, żebym oddała im mieszkanie?” – zapytałam wprost. „Nie oddała… Może przepisała? Albo chociaż pozwoliła im tu zamieszkać? Ty przecież możesz zamieszkać w kawalerce…”
Przez kilka dni nie mogłam spać. Chodziłam po mieszkaniu i dotykałam starych mebli – kredensu po babci, biblioteczki pełnej książek z dedykacjami od dawnych przyjaciół. Każdy przedmiot miał swoją historię. Czułam się jak intruz we własnym domu.
Magda zaczęła przychodzić coraz częściej. Przynosiła ciasta, pomagała w zakupach, pytała o zdrowie. Pewnego dnia przyniosła ze sobą dokumenty. „Ciociu, to tylko formalność… Gdyby coś ci się stało… Lepiej wszystko załatwić teraz, żeby potem nie było problemów…” – mówiła łagodnym głosem. Przeczytałam pobieżnie – pełnomocnictwo do dysponowania mieszkaniem.
„Nie podpiszę tego” – powiedziałam stanowczo. Magda spochmurniała. „Ciociu, przecież my jesteśmy rodziną! Myślisz, że chcę cię oszukać?”
Wtedy wybuchłam. „A co innego robisz? Przychodzisz tu z dziećmi, rozglądasz się po kątach jak po swoim! Chcesz mnie wypchnąć z mojego domu!”
Magda zerwała się od stołu. „Myślisz tylko o sobie! My tu gnieździmy się w czterech ścianach, a ty siedzisz sama w pałacu! Nawet nie chcesz pomóc rodzinie!”
Wyszła trzaskając drzwiami. Zostałam sama w ciszy przerywanej tylko tykaniem zegara.
Przez kolejne tygodnie nie odbierała moich telefonów. Siostra pisała krótkie wiadomości: „Zastanów się jeszcze”, „Nie bądź taka uparta”. Czułam się zdradzona i oszukana przez własną rodzinę.
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanki pytały: „Coś się stało?” – kiwałam tylko głową i udawałam, że wszystko jest w porządku. Ale nie było.
Pewnego dnia spotkałam Magdę na ulicy. Szła z dziećmi i mężem. Udawała, że mnie nie widzi. Michałek pomachał mi ręką – serce mi ścisnęło.
Wieczorem długo siedziałam przy oknie z herbatą w dłoni. Myślałam o tym wszystkim: o rodzinie, o samotności, o tym mieszkaniu, które stało się dla mnie więzieniem i schronieniem jednocześnie.
Czy naprawdę jestem samolubna? Czy powinnam oddać wszystko dla rodziny? A może mam prawo żyć po swojemu?
Czasem zastanawiam się: czy dom to tylko cztery ściany i adres? Czy to coś więcej? I czy można jeszcze zaufać komuś po tym wszystkim?