„Myślałam, że pomagam córce, ale teraz jestem tylko jej opiekunką, kucharką i portfelem” – Wyznanie emerytowanej matki z Krakowa
– Mamo, możesz dziś odebrać Zosię z przedszkola? – głos Magdy rozbrzmiał w kuchni, zanim jeszcze zdążyłam dopić poranną kawę. Spojrzałam na nią ponad filiżanką, próbując ukryć zmęczenie. Oczy miała podkrążone, włosy niedbale związane w kucyk. Wiem, że nie jest jej łatwo po rozwodzie, ale od miesięcy czuję się jak cień we własnym domu.
Kiedy Magda wróciła do mnie z Zosią po rozstaniu z mężem, nie wahałam się ani chwili. „To tylko na chwilę, mamo, dopóki nie stanę na nogi” – zapewniała. Wtedy byłam pewna, że robię to z miłości. Chciałam być wsparciem, dać jej poczucie bezpieczeństwa. Ale ta „chwila” trwa już ponad rok. Każdego dnia coraz bardziej czuję się jak opiekunka, kucharka i bankomat w jednym.
Początkowo cieszyłam się z obecności wnuczki. Zosia jest moim oczkiem w głowie – jej śmiech rozjaśniał nawet najbardziej pochmurne dni. Ale z czasem zaczęłam zauważać, że Magda coraz częściej znika – najpierw na rozmowy kwalifikacyjne, potem „na chwilę do koleżanki”, a ostatnio coraz częściej wraca późno wieczorem. Zosia pyta: „Gdzie mama?”, a ja nie wiem, co odpowiedzieć.
– Mamo, muszę odpocząć. Ty nie rozumiesz, jak bardzo jestem zmęczona – mówi Magda, kiedy próbuję porozmawiać o tym, że wszystko spadło na mnie. – Ty już jesteś na emeryturze, masz czas.
Czy naprawdę mam czas? Od rana gotuję śniadanie dla wszystkich, potem odprowadzam Zosię do przedszkola. Zakupy, sprzątanie, gotowanie obiadu. Odbieram wnuczkę, zabawiam ją do wieczora. Często zasypiam na kanapie ze zmęczenia. Moja emerytura topnieje szybciej niż śnieg w marcu – rachunki za prąd, jedzenie, ubrania dla Zosi…
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poczułam się naprawdę niewidzialna. Była sobota, Magda obiecała zabrać Zosię do kina. Czekałam z obiadem, a one wróciły dopiero wieczorem – córka z nowym lakierem na paznokciach i torbą zakupów dla siebie. Nawet nie zapytała, jak się czuję.
Wieczorem usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na światła Krakowa. Wtedy dotarło do mnie: nie jestem już matką, która pomaga dorosłej córce w kryzysie. Stałam się służącą we własnym domu.
Próbowałam rozmawiać z Magdą. – Kochanie, musimy ustalić jakieś zasady. Nie mogę wszystkiego robić sama – zaczęłam niepewnie.
– Mamo, przesadzasz! Przecież to tylko trochę pomocy! – rzuciła zirytowana i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
Czułam się winna. Może rzeczywiście przesadzam? Może powinnam być wdzięczna za towarzystwo wnuczki? Ale potem słyszę rozmowy koleżanek z osiedla: „Moja córka pomaga mi w domu”, „U nas każdy ma swoje obowiązki”. Dlaczego u mnie jest inaczej?
Zosia coraz częściej pyta: – Babciu, dlaczego mama jest smutna? Dlaczego krzyczy?
Nie wiem, co odpowiedzieć. Staram się być dla niej ostoją spokoju, ale czasem łzy same napływają do oczu.
Pewnego dnia Magda przyszła do domu późno w nocy. Była wyraźnie pod wpływem alkoholu. Zosia spała już od dawna. – Mamo, ja już nie daję rady… – wyszeptała i rozpłakała się na moich ramionach.
Przez chwilę poczułam dawną bliskość między nami. Przytuliłam ją mocno i powiedziałam: – Kochanie, wszyscy mamy swoje granice. Ja też potrzebuję odpoczynku.
Następnego dnia próbowałyśmy ustalić nowe zasady: podział obowiązków, wspólne posiłki, jasne godziny opieki nad Zosią. Przez kilka dni było lepiej – Magda zaczęła gotować obiady w weekendy i sama odbierała córkę z przedszkola.
Ale życie szybko wróciło do starego rytmu. Magda znów znikała na całe dnie, a ja zostawałam sama z wnuczką i stertą obowiązków.
Czasem mam ochotę wyjść z domu i nie wracać przez cały dzień – zobaczyć, czy ktoś zauważy moją nieobecność. Ale wiem, że Zosia mnie potrzebuje.
Ostatnio coraz częściej myślę o tym, gdzie przebiega granica między matczyną miłością a poświęceniem siebie samej. Czy jestem złą matką, jeśli powiem „dość”? Czy mam prawo oczekiwać wdzięczności i szacunku od własnej córki?
Wczoraj wieczorem usiadłyśmy razem przy stole. Magda była zamyślona.
– Mamo… przepraszam cię za wszystko. Wiem, że cię wykorzystuję… Po prostu boję się być sama.
Patrzyłam na nią długo w milczeniu. Widziałam w niej zagubioną dziewczynkę sprzed lat.
– Wszyscy czasem się boimy – odpowiedziałam cicho. – Ale musimy nauczyć się żyć razem tak, żeby nikt nie czuł się samotny ani wykorzystywany.
Nie wiem jeszcze, jak to zrobić. Ale wiem jedno: jeśli nie postawię granic teraz, za chwilę zatracę samą siebie.
Czy naprawdę można kochać kogoś tak bardzo, żeby zapomnieć o sobie? A może prawdziwa miłość polega właśnie na tym, by umieć powiedzieć „stop”?