Z plecakiem i bagażem przeszłości: Historia Ewy i Pawła
— Przyszedł do mnie tylko z plecakiem — mój głos drżał, gdy opowiadałam Magdzie o Pawle. Siedziałyśmy na podłodze w naszym wynajmowanym mieszkaniu na Jeżycach, bo nie było nas stać na porządny stół. W powietrzu unosił się zapach kawy i wilgoci, a ja czułam, jakby cały świat przygniatał mnie ciężarem.
— Wszystko zostawił swojej rodzinie. I co miesiąc, jak w zegarku, płaci alimenty. A ja… ja po prostu nie wiem, jak mamy dalej żyć.
Magda spojrzała na mnie z troską. — Ewa, przecież wiedziałaś, że Paweł ma dzieci. Że ma przeszłość.
— Wiedziałam — przerwałam jej ostro. — Ale nie wiedziałam, że ta przeszłość będzie spała z nami w łóżku każdej nocy.
Dziesięć lat temu byłam inną osobą. Pracowałam jako nauczycielka polskiego w liceum, miałam własne mieszkanie po babci na Wildzie i marzyłam o podróżach. Wtedy poznałam Pawła — przystojnego, cichego informatyka z Gniezna. Przyszedł na szkolenie do mojej szkoły. Pamiętam, jak patrzył na mnie spod ciemnych brwi, jakby chciał coś powiedzieć, ale bał się słów.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. On był wtedy jeszcze żonaty, miał dwójkę dzieci — Zosię i Michała. Mówił mi, że w jego małżeństwie od dawna nie ma miłości, tylko rutyna i wieczne pretensje teściowej. Wierzyłam mu. Może za bardzo.
Kiedy Paweł w końcu odszedł od żony, przyszedł do mnie z jednym plecakiem. — Niczego nie chcę od niej zabierać — powiedział wtedy cicho. — Niech dzieci mają dom. Ja zacznę od nowa.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, ile kosztuje zaczynanie od nowa.
Przez pierwsze miesiące żyliśmy jak studenci. Wynajęliśmy kawalerkę na Jeżycach, spałam na materacu, a Paweł szukał pracy w Poznaniu. Każdego miesiąca połowa jego pensji szła na alimenty i spłatę długów po wspólnym kredycie z byłą żoną. Ja utrzymywałam nas z pensji nauczycielki i korepetycji.
— Może powinnam pójść do pracy w korporacji? — pytałam Pawła wieczorami, kiedy liczyliśmy pieniądze na czynsz.
— Nie chcę, żebyś była nieszczęśliwa — odpowiadał zawsze. Ale widziałam w jego oczach zmęczenie i poczucie winy.
Najgorsze były weekendy, kiedy przyjeżdżały do nas dzieci Pawła. Zosia miała wtedy dziewięć lat i patrzyła na mnie jak na intruza.
— Ty nie jesteś moją mamą — powiedziała mi kiedyś prosto w twarz. — Tata powinien wrócić do domu.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Michał był młodszy, bardziej zamknięty w sobie. Siedział godzinami przy komputerze albo grał na telefonie.
Paweł próbował być dobrym ojcem. Kupował dzieciom lody, zabierał je do kina, ale widziałam, jak bardzo cierpi przez to rozdarcie między dwiema rodzinami.
— Moja matka mówiła, że zawsze będziesz tylko tą drugą — rzuciła Zosia pewnego dnia podczas obiadu.
Poczułam wtedy coś w rodzaju upokorzenia i gniewu. Chciałam wykrzyczeć jej w twarz całą prawdę o jej matce, która przez lata traktowała Pawła jak służącego swojej matki i dzieci. Ale ugryzłam się w język.
Wieczorem płakałam w łazience tak cicho, żeby Paweł nie słyszał.
Z czasem zaczęliśmy się oddalać od siebie. Paweł coraz częściej wracał późno z pracy, tłumacząc się nadgodzinami. Ja zamykałam się w książkach i pracy z uczniami. Nasze rozmowy ograniczały się do spraw organizacyjnych: kto kupi mleko, kto zapłaci rachunki.
Pewnego dnia znalazłam wiadomość na jego telefonie: „Tęsknię za tobą” — napisała była żona Pawła. Odpisał: „Ja też czasem tęsknię za dawnym życiem”.
Zamarłam. Przez kilka dni chodziłam jak cień po mieszkaniu. W końcu wybuchłam:
— Chcesz do niej wrócić? Może powinieneś! Może to ja jestem problemem!
Paweł spojrzał na mnie z bólem:
— Ewa… ja po prostu nie wiem już, kim jestem. Wszystko straciłem. Dzieci mnie nienawidzą, ty jesteś coraz dalej…
— A ja? Ja też wszystko straciłam! — krzyknęłam przez łzy.
Wtedy pierwszy raz pomyślałam o rozstaniu.
Ale nie umiałam go zostawić. Mimo wszystko kochałam go za to, że próbował być dobrym człowiekiem nawet wtedy, gdy świat walił mu się na głowę.
Wkrótce potem zachorowała moja mama. Nowotwór trzustki — wyrok bez apelacji. Musiałam wracać do rodzinnego domu pod Kaliszem i opiekować się nią przez kilka miesięcy. Paweł został sam w Poznaniu.
Widywaliśmy się rzadko. Czułam się rozdarta między obowiązkiem wobec matki a resztkami naszego związku.
Po śmierci mamy wróciłam do pustego mieszkania. Paweł siedział przy stole ze spuszczoną głową.
— Dostałem wypowiedzenie z pracy — powiedział bez emocji.
To był kolejny cios. Zaczęliśmy żyć z oszczędności i moich korepetycji online. Czułam się jak bohaterka taniego melodramatu: biedna nauczycielka z mężem po przejściach i bagażem cudzych dzieci.
Wtedy pojawiła się Magda — moja przyjaciółka jeszcze z czasów studiów. To ona wyciągnęła mnie z domu na kawę i zmusiła do rozmowy o wszystkim, co bolało.
— Ewa, musisz pomyśleć o sobie! — mówiła stanowczo. — Nie możesz ciągle żyć czyimś życiem!
Ale czy potrafię? Czy potrafię zostawić Pawła samego z jego demonami?
Któregoś wieczoru Paweł przyszedł do mnie z butelką taniego wina.
— Przepraszam cię za wszystko — powiedział cicho. — Za to, że nie umiem być taki, jakiego potrzebujesz…
Usiedliśmy razem na podłodze i długo milczeliśmy.
— Może powinniśmy spróbować terapii? — zaproponowałam nieśmiało.
Paweł skinął głową bez przekonania.
Zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego na Łazarzu. Tam pierwszy raz usłyszałam od Pawła:
— Boję się być szczęśliwy… Boję się, że wszystko znów stracę.
Zrozumiałam wtedy, że nie tylko on żyje w cieniu przeszłości — ja też pozwoliłam jej rządzić moim życiem.
Minęły dwa lata od tamtej rozmowy. Nadal wynajmujemy mieszkanie na Jeżycach, ale już nie śpimy na materacu. Paweł znalazł nową pracę jako programista freelancer; ja prowadzę własną szkołę językową online dla dzieci imigrantów z Ukrainy i Białorusi.
Dzieci Pawła czasem nas odwiedzają — Zosia już nie patrzy na mnie jak na wroga; Michał nawet poprosił mnie o pomoc przy maturze z polskiego.
Nie jest idealnie. Czasem kłócimy się o pieniądze albo o to, kto wyniesie śmieci. Ale nauczyliśmy się rozmawiać o swoich lękach i marzeniach bez wstydu.
Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy warto było tyle wycierpieć dla tej miłości? Czy można naprawdę zacząć od nowa bez bagażu przeszłości?
A wy? Czy kiedykolwiek musieliście zostawić wszystko za sobą i zacząć jeszcze raz?