Gdy rodzina staje się obca: Historia Ani i Marka. Czy pieniądze są ważniejsze niż więzy krwi?
– Anka, nie udawaj, że nie wiedziałaś! – głos Marka drżał od gniewu, a jego oczy błyszczały jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i kłóciliśmy się o ostatni kawałek sernika. Stałam w kuchni rodziców, tej samej, w której mama uczyła mnie lepić pierogi, a tata żartował, że jestem jego małą księżniczką. Teraz wszystko wydawało się obce, zimne, jakby ściany nasiąkły naszym żalem.
– Marek, przestań! – odpowiedziałam cicho, czując jak łzy palą mnie pod powiekami. – Nie wiedziałam o tym testamencie. Przysięgam.
On tylko prychnął i odwrócił się do okna. Za szybą padał deszcz, a krople spływały po szybie jak łzy. W tej chwili zrozumiałam, że coś się skończyło. Że już nigdy nie będziemy rodziną taką jak dawniej.
Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, kiedy mama nagle zachorowała. Nowotwór. Słowo, które rozdziera serce i nie daje spać po nocach. Przez pół roku żyliśmy w zawieszeniu – ja dojeżdżałam z Warszawy do rodzinnego domu w Radomiu co weekend, Marek mieszkał tu na stałe i opiekował się mamą na co dzień. Byłam mu wdzięczna, choć czasem czułam ukłucie zazdrości – on był bliżej, mógł być przy niej zawsze.
Po śmierci mamy wszystko się posypało. Tata zmarł kilka lat wcześniej, więc zostaliśmy tylko we dwoje. Wydawało mi się, że teraz będziemy sobie bliżsi niż kiedykolwiek. Myliłam się.
Pewnego dnia dostałam list polecony od notariusza. Testament. Mama zapisała dom Markowi, a mnie – oszczędności na koncie i działkę pod miastem. Niby sprawiedliwie, ale dom był wszystkim – miejscem wspomnień, bezpieczeństwa, dzieciństwa. Poczułam się zdradzona.
Zadzwoniłam do Marka tego samego wieczoru.
– Marek, możemy porozmawiać? – zapytałam niepewnie.
– O czym? O tym, że dostałaś działkę wartą więcej niż ten stary dom? – jego głos był zimny jak lód.
– To nie o to chodzi…
– A o co? Zawsze ci było mało! Nawet jak byliśmy mali, musiałaś mieć najlepsze zabawki! – wykrzyczał i rozłączył się.
Siedziałam długo w ciemności, wsłuchując się w ciszę mieszkania. Przypomniałam sobie nasze dzieciństwo – wspólne zabawy w ogrodzie, śmiech mamy, ciepło domu. Jak to możliwe, że teraz jesteśmy sobie obcy?
Kolejne tygodnie były pasmem nieporozumień i wzajemnych pretensji. Marek twierdził, że mama zostawiła mu dom, bo to on się nią opiekował. Ja czułam się pominięta i niedoceniona. Każda rozmowa kończyła się kłótnią.
W końcu postanowiłam pojechać do Radomia i spotkać się z Markiem twarzą w twarz. Kiedy weszłam do domu rodziców, poczułam znajomy zapach kawy i starego drewna. Marek siedział przy stole z kubkiem herbaty.
– Po co przyjechałaś? – zapytał bez cienia ciepła w głosie.
– Chciałam porozmawiać. O nas. O mamie…
– Nie ma o czym mówić. Wszystko jest jasne – przerwał mi ostro.
– Marek…
– Ty zawsze musiałaś mieć ostatnie słowo! Nawet teraz! – krzyknął i uderzył pięścią w stół.
Zamilkłam. Widziałam w jego oczach ból i zmęczenie. Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi tylko o dom czy pieniądze. Chodzi o żal – za stracony czas, za niespełnione oczekiwania, za to, że nie byliśmy razem wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy.
Przez kolejne dni próbowałam naprawić nasze relacje. Pisałam do niego wiadomości, dzwoniłam – bez skutku. Marek zamknął się w sobie na dobre.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie ciocia Basia.
– Aniu, musisz spróbować jeszcze raz. Jesteście rodziną…
– Ale jak? On mnie nienawidzi…
– Nie nienawidzi. Jest zraniony. Tak samo jak ty.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Postanowiłam napisać Markowi list – prawdziwy, papierowy list, jak kiedyś pisała do mnie mama na koloniach.
„Marku,
Nie wiem, czy jeszcze potrafimy być rodziną. Wiem tylko, że bardzo mi Ciebie brakuje. Dom bez Ciebie nie jest już domem. Przepraszam za wszystko, co zrobiłam źle. Chciałabym zacząć od nowa…”
Nie odpowiedział od razu. Minęły tygodnie zanim zadzwonił.
– Anka… Przeczytałem twój list – powiedział cicho.
– I?
– Może spróbujemy jeszcze raz? Dla mamy…
Poczułam ulgę i łzy spłynęły mi po policzkach. Wiedziałam jednak, że nic już nie będzie takie samo. Zaufanie zostało nadwyrężone na zawsze.
Dziś mijają dwa lata od śmierci mamy. Spotykamy się z Markiem rzadko – na święta, czasem na kawę. Rozmawiamy ostrożnie, jakbyśmy bali się dotknąć starych ran. Ale próbujemy.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto było walczyć o spadek? Czy pieniądze są ważniejsze niż więzy krwi? Może powinnam była odpuścić wcześniej? A może to wszystko musiało się wydarzyć, żebym zrozumiała prawdziwą wartość rodziny?
Czy Wy też przeżyliście podobny konflikt? Co dla Was znaczy rodzina?