Gość w Własnym Domu – Historia Marty i Mateusza
– Dlaczego znowu zostawiłaś kubek na stole? – głos Mateusza przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, zmywając naczynia po śniadaniu, a jego ton sprawił, że ręce zaczęły mi drżeć. To był zwykły poranek, a jednak czułam, że coś się zmienia.
Kiedyś śmialiśmy się z takich drobiazgów. Gdy wprowadziłam się do mieszkania Mateusza, byłam pełna nadziei. Miałam swoją pracę w centrum Warszawy, on pracował zdalnie jako programista. Mieszkanie było jego, odziedziczone po babci, a ja czułam się wdzięczna, że mogę zacząć z nim nowy rozdział. Przez pierwsze tygodnie wszystko wydawało się idealne – wspólne gotowanie, wieczory z winem na balkonie, plany na przyszłość.
Ale z czasem zaczęłam zauważać, że Mateusz traktuje mnie jak gościa, nie partnerkę. Każda moja decyzja była kwestionowana. Gdy przestawiałam książki na półce, słyszałam: „To nie jest twoje miejsce, Marta”. Gdy zaprosiłam przyjaciółkę na kawę, Mateusz był wyraźnie niezadowolony. „To nie hotel, żeby każdy mógł tu przychodzić”, rzucił chłodno.
Najgorsze były weekendy, kiedy przyjeżdżali jego rodzice. Jego mama, pani Halina, zawsze przynosiła ciasto i zaczynała sprzątać kuchnię, jakby chciała pokazać, że to ona tu rządzi. Siedziałam wtedy w kącie, czując się jak intruz. Mateusz nie reagował. Raz, gdy próbowałam się wtrącić, powiedział: „Ona jest gospodynią, ty jesteś tylko gościem”. Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego.
Próbowałam z nim rozmawiać. – Mateusz, czuję się tu obco. To nie jest mój dom – powiedziałam pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy przy stole.
– Przesadzasz. Przecież masz swój pokój, możesz robić, co chcesz – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc.
Ale to nie było prawdą. Każda próba zmiany czegokolwiek kończyła się kłótnią. Nawet wybór firanek do salonu stał się powodem do awantury. „To mieszkanie mojej babci, nie będziemy niczego zmieniać”, powtarzał uparcie.
Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu. Spotykałam się z koleżankami, chodziłam na długie spacery po Łazienkach, byle tylko nie czuć tej duszącej atmosfery. Czułam się samotna, choć mieszkałam z kimś, kogo kochałam.
Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy, zastałam Mateusza i jego mamę w salonie. Rozmawiali o mnie. „Nie rozumiem, po co ona tu mieszka. Przecież zawsze możesz wrócić do nas, synku”, mówiła pani Halina. Mateusz milczał, a ja stałam w drzwiach, słysząc każde słowo.
Wieczorem próbowałam porozmawiać z Mateuszem. – Słyszałam waszą rozmowę. Czy naprawdę uważasz, że nie powinnam tu być? – zapytałam drżącym głosem.
– To nie tak, Marta. Po prostu… ona się martwi, że nie dbasz o mieszkanie. I że nie pasujesz do naszej rodziny – odpowiedział, unikając mojego wzroku.
– A ty? Co ty myślisz? – naciskałam.
– Nie wiem. Może rzeczywiście lepiej by było, gdybyś wróciła do siebie – powiedział cicho.
Te słowa złamały mi serce. Spakowałam się tej samej nocy. Nie miałam dokąd pójść, więc zadzwoniłam do przyjaciółki, Ani. Przyjęła mnie bez słowa, a ja przez całą noc płakałam w jej ramionach.
Minęły tygodnie, zanim zaczęłam dochodzić do siebie. Mateusz nie zadzwonił ani razu. Jego milczenie bolało bardziej niż wszystkie kłótnie. Zastanawiałam się, czy naprawdę byłam tylko gościem w jego życiu. Czy można kochać kogoś, kto nie chce cię w swoim świecie?
Z czasem zaczęłam układać sobie życie na nowo. Wynajęłam małe mieszkanie na Pradze, urządziłam je po swojemu – z kolorowymi poduszkami, zdjęciami na ścianach, zapachem świeżo parzonej kawy o poranku. Poczułam, że odzyskuję siebie.
Czasem wracam myślami do tamtych dni. Zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy Mateusz kiedykolwiek zrozumie, jak bardzo mnie zranił? Czy naprawdę byłam tylko gościem, czy może on nigdy nie był gotowy na prawdziwy związek?
Może czasem lepiej być samemu niż czuć się obco w czyimś domu. Czy wy też kiedyś czuliście się gośćmi w swoim własnym życiu? Jak długo można walczyć o miejsce, które nigdy nie będzie naprawdę nasze?