„Cały dzień spędziłam w kuchni, a zamiast pochwał usłyszałam krytykę od męża – i to przy całej rodzinie”
– Naprawdę tak to podajesz? – głos Michała przeszył ciszę w jadalni jak nóż. Stałam z półmiskiem pierogów w rękach, a cała rodzina patrzyła na mnie z mieszanką zdziwienia i zażenowania. Moja mama odwróciła wzrok, tata chrząknął nerwowo, a siostra zaczęła bawić się widelcem. Michał, mój mąż, znany szef kuchni, nie mógł się powstrzymać. – Zobacz, ciasto za grube, farsz się rozlatuje, a do tego te przypalone skwarki… – dodał, nie spuszczając ze mnie wzroku.
W jednej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Przez cały dzień stałam w kuchni, zagniatałam ciasto, siekałam cebulę, smażyłam boczek, a wszystko po to, żeby zrobić wrażenie na rodzinie i – przede wszystkim – na nim. Michał zawsze powtarzał, że gotowanie to sztuka, a ja, choć nigdy nie dorównywałam mu umiejętnościami, chciałam pokazać, że potrafię coś zrobić sama. Przez ostatnie tygodnie oglądałam filmiki na YouTube, pytałam mamę o rady, a nawet podglądałam Michała, gdy przygotowywał swoje popisowe dania w domu. Ale dziś to ja miałam być gospodynią, ja miałam błyszczeć.
– Może spróbujmy, zanim ocenimy? – odezwała się cicho moja mama, próbując ratować sytuację. Michał tylko wzruszył ramionami i usiadł przy stole, jakby to wszystko było mu obojętne. Widziałam, jak jego usta układają się w lekki grymas, gdy nakładał sobie porcję. Reszta rodziny jadła w milczeniu, a ja czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Próbowałam się uśmiechać, udawać, że nic się nie stało, ale w środku wszystko się we mnie gotowało.
Po obiedzie schowałam się w łazience. Oparłam się o zimne kafelki i pozwoliłam łzom płynąć. „Dlaczego zawsze muszę być tą gorszą?” – pytałam siebie w myślach. Michał nigdy nie potrafił pochwalić mnie za starania. Nawet gdy coś mi wychodziło, zawsze znajdował coś, co można poprawić. „To nie jest kwestia smaku, tylko techniki”, „Za dużo soli”, „Za mało pieprzu”… Zawsze coś. A ja, zamiast czuć się dumna, coraz bardziej zamykałam się w sobie.
Wróciłam do salonu, gdzie rodzina powoli kończyła deser. Michał rozmawiał z moim tatą o nowym menu w restauracji, jakby nic się nie stało. Moja siostra spojrzała na mnie ze współczuciem. – Było naprawdę smacznie, Aniu – szepnęła, ściskając moją dłoń. Uśmiechnęłam się blado. Wiedziałam, że mówi to tylko po to, żeby mnie pocieszyć.
Wieczorem, gdy wszyscy już wyszli, Michał zaczął zmywać naczynia. – Wiesz, że nie chciałem cię urazić – powiedział, nie patrząc mi w oczy. – Po prostu… chciałbym, żebyś się rozwijała. Gotowanie to nie tylko kwestia serca, ale też techniki. – Zamilkł na chwilę, jakby czekał na moją reakcję. – Może następnym razem zrobimy coś razem?
Poczułam, jak narasta we mnie złość. – Michał, ja nie chcę robić wszystkiego z tobą. Chciałam udowodnić sobie, że potrafię coś zrobić sama. Chciałam, żebyś był ze mnie dumny, a nie żebyś mnie poprawiał przy wszystkich! – głos mi się załamał. Michał westchnął. – Przepraszam, nie pomyślałem… Po prostu czasem zapominam, że nie każdy musi być perfekcyjny.
Przez kolejne dni unikaliśmy się w domu. Michał wychodził do pracy wcześnie rano, wracał późno, a ja spędzałam wieczory z książką lub serialem. Czułam się niewidzialna. Zaczęłam się zastanawiać, czy nasze małżeństwo nie opiera się tylko na jego pasji i mojej próbie dorównania mu. Czy naprawdę muszę być idealna, żeby zasłużyć na jego uznanie?
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie mama. – Aniu, nie przejmuj się Michałem. On taki jest, zawsze wszystko musi być po jego myśli. Ale pamiętaj, że dla nas jesteś wspaniała. Twoje pierogi były pyszne, a to, że się starałaś, znaczy więcej niż perfekcyjny smak. – Rozpłakałam się. Potrzebowałam tych słów bardziej, niż myślałam.
Następnego dnia Michał wrócił wcześniej. Przyniósł bukiet tulipanów i butelkę wina. – Chciałbym, żebyśmy dziś razem coś ugotowali. Ale tym razem to ja będę twoim pomocnikiem – powiedział z uśmiechem. Zgodziłam się, choć w środku czułam, że to nie rozwiąże wszystkich problemów. Gotowaliśmy razem, śmialiśmy się, a Michał naprawdę pozwolił mi prowadzić. Ale wciąż czułam cień tamtego dnia.
Kilka tygodni później mieliśmy kolejne rodzinne spotkanie. Tym razem postanowiłam zrobić coś prostego – sałatkę jarzynową i domowy kompot. Michał nie komentował, tylko pomagał mi kroić warzywa. Gdy rodzina zaczęła jeść, spojrzał na mnie i powiedział: – Ania, świetna robota. – Uśmiechnęłam się, ale w środku wiedziałam, że już nigdy nie będę czuła się tak pewnie, jak kiedyś. Coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie chodzi tylko o gotowanie, ale o to, jak bardzo pragnę akceptacji.
Czasem zastanawiam się, czy warto tak bardzo się starać dla kogoś, kto nie potrafi docenić naszych wysiłków. Czy miłość naprawdę polega na ciągłym udowadnianiu swojej wartości? A może powinnam w końcu zacząć gotować tylko dla siebie – i być z siebie dumna, niezależnie od tego, co powie Michał?