Zdradzona przez tych, którym ufałam – historia Klary, służącej z warszawskiej willi

– Klara, przysięgnij mi, że nie dotknęłaś tej broszki! – głos pani Małgorzaty rozbrzmiał w marmurowym holu willi, przeszywając mnie na wskroś. Stałam z rękami splecionymi na fartuchu, czując, jak serce wali mi w piersi.

– Pani Małgorzato, błagam, nigdy bym… – zaczęłam, ale przerwała mi ruchem dłoni.

– Nie chcę słuchać twoich łez. Jesteś tu obca. Tylko ty miałaś dostęp do salonu, tylko ty mogłaś to zrobić. – Jej oczy były zimne jak lód. Adam, jej syn, stał obok, milczący, z twarzą wykrzywioną niepewnością.

Wiedziałam, że nie mam szans. Przez lata byłam dla nich niewidzialna – sprzątałam, gotowałam, dbałam o wszystko, by dom lśnił. Po śmierci żony Adama to ja byłam tą, która tuliła małego Antka do snu, śpiewała mu kołysanki, ocierała łzy, gdy tęsknił za matką. Ale dla Małgorzaty zawsze byłam tylko służącą.

Tamtego dnia, gdy zginęła rodzinna broszka, wszystko się zmieniło. Pani Małgorzata nie czekała na śledztwo. Od razu zadzwoniła po policję. Adam, choć widział moje łzy, nie potrafił się jej sprzeciwić. – Przepraszam, Klaro, ale musisz odejść – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy.

Policjanci przyszli szybko. Sąsiadki patrzyły przez firanki, gdy prowadzili mnie do radiowozu. Czułam się jak przestępca. W komisariacie zadawali pytania, na które nie miałam odpowiedzi. – Gdzie schowała pani broszkę? – powtarzali. Tłumaczyłam, że jestem niewinna, ale nikt nie chciał słuchać.

Wróciłam do swojego małego mieszkania na Pradze, z oczami spuchniętymi od płaczu. Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Następnego dnia w skrzynce czekało na mnie wezwanie do sądu. Plotki rozeszły się błyskawicznie. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj mówili mi „dzień dobry”, teraz odwracali wzrok.

Najgorszy był brak Antka. Tęskniłam za nim, za jego śmiechem, za tym, jak przybiegał do kuchni, by pomóc mi lepić pierogi. Czułam, że straciłam nie tylko pracę, ale i rodzinę, którą sama sobie stworzyłam.

Kilka dni później ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Antka, z oczami pełnymi łez. – Klaro, nie wierzę babci. Wiem, że nie ukradłaś. – Rzucił mi się na szyję, a ja nie mogłam powstrzymać łez. – Dom jest pusty bez ciebie – szepnął. Dał mi rysunek: trzymaliśmy się na nim za ręce, a nad nami świeciło słońce.

To dało mi siłę. Zaczęłam szukać pomocy. Poszłam do bezpłatnej poradni prawnej. Tam spotkałam Emilkę, młodą prawniczkę na stażu. – Pani Klaro, nie obiecuję cudów, ale zrobię, co w mojej mocy – powiedziała. Razem spisywałyśmy wszystko, co pamiętałam z dnia zaginięcia broszki. Próbowałyśmy dotrzeć do innych pracowników willi, ale bali się mówić.

W tym czasie Małgorzata wynajęła najdroższego adwokata w Warszawie. W gazetach pojawiły się artykuły: „Służąca okradła milionerów”, „Zdrada w willi na Saskiej Kępie”. W radiu i telewizji powtarzano te same kłamstwa. Czułam, jak moje nazwisko staje się synonimem hańby.

W dniu rozprawy założyłam jedyne eleganckie ubranie, jakie miałam – stary, wyprasowany fartuch. Siedziałam sama, ściskając w dłoni zdjęcie z Antkiem. Sala była pełna – dziennikarze, sąsiedzi, nawet dawni znajomi przyszli zobaczyć, jak upadam.

Adwokat Małgorzaty był bezlitosny. – Pani Klara wykorzystała zaufanie rodziny, by się wzbogacić. To nie pierwszy raz, gdy służące okradają swoich pracodawców – mówił, patrząc na mnie z pogardą.

– To nieprawda! – krzyknęłam, ale sędzia uciszył mnie gestem.

Świadkowie – kucharka, ogrodnik – mówili to, co chcieli usłyszeć państwo domu. – Klara była ostatnia w salonie – powtarzali. Nikt nie wspomniał, że Małgorzata często sama przesiadywała przy sejfie.

Adam siedział obok matki, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Unikał mojego wzroku. Czułam się zdradzona przez wszystkich, którym ufałam.

Gdy przyszła moja kolej, wstałam i spojrzałam na sędziego. – Pracowałam dla tej rodziny ponad dziesięć lat. Kochałam ich dziecko jak własne. Nigdy nie tknęłam niczyjej własności. Proszę mi wierzyć, jestem niewinna – powiedziałam, a głos mi się załamał.

Wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Drzwi sali rozpraw otworzyły się z hukiem. Wbiegł Antek, wyrywając się opiekunce. – Proszę pana sędziego! – zawołał. – Wiem, kto schował broszkę!

Wszyscy zamarli. Małgorzata pobladła, Adam zerwał się z miejsca. Sędzia skinął na chłopca. – Mów, synku – powiedział łagodnie.

Antek spojrzał na mnie, potem na babcię. – W nocy, kiedy zginęła broszka, obudziłem się i zobaczyłem babcię w salonie. Miała coś błyszczącego w ręku i mówiła do siebie, że Klara będzie idealnym kozłem ofiarnym. Potem schowała broszkę do drewnianej szkatułki w swoim gabinecie.

Sala wybuchła szeptami. Adwokat próbował zbagatelizować słowa dziecka, ale Emilka natychmiast zażądała przeszukania gabinetu Małgorzaty. Sędzia się zgodził. Policjanci wrócili po godzinie z drewnianą szkatułką. W środku była broszka, koperty z pieniędzmi i jakieś dokumenty.

Małgorzata zbladła, a Adam ukrył twarz w dłoniach. Sędzia ogłosił moją niewinność, a Małgorzatę oskarżono o składanie fałszywych zeznań i zniesławienie.

Nie pamiętam, jak wyszłam z sądu. Płakałam, ściskając Antka w ramionach. – Klaro, wrócisz do nas? – zapytał cicho.

Adam podszedł do mnie, ze łzami w oczach. – Przepraszam, Klaro. Zawiodłem cię. Pozwoliłem matce zniszczyć twoje życie.

Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, czy potrafię jeszcze zaufać. Ale patrząc na Antka, poczułam, że dla niego warto próbować.

Dziś, gdy patrzę w lustro, widzę kobietę, która przeszła przez piekło, ale nie dała się złamać. Czy wybaczyłabym, gdyby nie odwaga dziecka? Czy w świecie, gdzie słowo bogatego znaczy więcej niż prawda biednego, jest jeszcze miejsce na sprawiedliwość?

A wy, co byście zrobili na moim miejscu? Czy można jeszcze wierzyć ludziom, którzy raz nas zdradzili?