Zwolnili mnie za uratowanie pacjenta. Kilka dni później wojsko błagało, żebym wróciła na salę operacyjną
— Od tej chwili nie jest pani pracownikiem tego szpitala — powiedział dyrektor Jerzy Białek i przesunął po biurku białą kopertę.
Nie wzięłam jej od razu. Patrzyłam na jego palce. Równo przycięte paznokcie, złota obrączka, żadnego drżenia. Jakby właśnie podpisywał zamówienie na papier do drukarki, a nie przekreślał piętnaście lat mojego życia.
— Uratowałam człowieka — odpowiedziałam.
— Złamała pani procedury.
— Gdybym czekała, umarłby.
Dyrektor odchylił się w fotelu.
— To nie pani podejmuje decyzję, które przepisy można ominąć.
Pacjentem był trzydziestoośmioletni Tomasz Pawlak, ojciec dwóch córek. Przywieziono go po wypadku na drodze pod Kielcami. Miał pękniętą tętnicę, spadające ciśnienie i brzuch wypełniający się krwią. Był nieprzytomny. Nie znaleziono telefonu, rodziny nie udało się od razu powiadomić, a lekarz uprawniony do zatwierdzenia rozszerzonego zabiegu operował na innym bloku.
Dzwoniłam. Trzy razy.
Anestezjolog, doktor Paweł Król, spojrzał na monitor i powiedział cicho:
— Marta, on nie ma pół godziny.
Wiedziałam. Podpisałam decyzję sama i kazałam wieźć Tomasza na salę. Operacja trwała prawie cztery godziny. Kiedy skończyliśmy, miałam mokry fartuch na plecach, ręce mi drżały, ale serce pracowało. Tomasz przeżył.
Następnego dnia jego żona płakała i ściskała moje dłonie. Tydzień później dyrekcja wszczęła postępowanie.
Brak kompletu zgód. Brak formalnej decyzji drugiego specjalisty. Przekroczenie kompetencji organizacyjnych. Te zdania czytano na spotkaniach, jakby człowiek leżący wtedy na stole w ogóle nie istniał.
Najbardziej bolało, że Paweł nagle zaczął unikać mojego wzroku. Gdy poprosiłam, żeby potwierdził, jak krytyczny był stan pacjenta, zacisnął szczękę.
— Mam kredyt, Marta. Trójkę dzieci. Nie mogę iść na wojnę z Białkiem.
— Nie proszę cię o wojnę. Proszę o prawdę.
— Prawda nie zapłaci mi raty.
Po zwolnieniu siedziałam w samochodzie na szpitalnym parkingu prawie godzinę. Nie miałam odwagi zadzwonić do męża. Rata naszego mieszkania wynosiła ponad trzy tysiące, córka właśnie dostała się na studia w Krakowie, a izba lekarska miała rozpatrzyć, czy nie zawiesić mi prawa wykonywania zawodu.
Kiedy powiedziałam wszystko w domu, mój mąż, Łukasz, długo milczał.
— Może trzeba było poczekać — szepnął w końcu.
Spojrzałam na niego tak, jakbym widziała obcego człowieka.
— I co miałabym powiedzieć jego żonie? Że mąż zmarł zgodnie z procedurą?
Łukasz przetarł twarz.
— Ja się po prostu boję.
Ja też się bałam. Tylko że nie mogłam cofnąć tamtej decyzji. I nawet gdybym mogła, zrobiłabym to samo.
Pięć dni później zadzwonił nieznany numer. Pułkownik Andrzej Lis poinformował mnie, że do wojskowego ośrodka przewieziono ciężko rannego żołnierza. Odłamek uszkodził naczynia w klatce piersiowej. Chirurg, który miał operować, utknął w drodze po karambolu. Potrzebowali kogoś z moim doświadczeniem.
— Wie pan, że zostałam zwolniona dyscyplinarnie?
— Wiem też, dlaczego. Proszę pani doktor, mamy bardzo mało czasu.
Na sali leżał starszy szeregowy Piotr Wrona. Miał dwadzieścia sześć lat. W kieszeni jego munduru znaleziono zdjęcie narzeczonej i karteczkę z listą zakupów: mleko, chleb, karma dla kota.
Takie drobiazgi uderzają najmocniej.
Operowaliśmy ponad pięć godzin. W pewnym momencie ciśnienie gwałtownie spadło, a ssak przestał działać. Technik rzucił się do przewodów. Ktoś zaklął. Ja ucisnęłam naczynie dłonią i powiedziałam:
— Nikt mi tu teraz nie odchodzi. Jeszcze nie.
Piotr przeżył.
Dwa dni później w wojskowym ośrodku pojawił się dyrektor Białek. Tym razem nie siedział za wielkim biurkiem. Stał przede mną blady, z zapiętym pod szyję płaszczem.
— Zarząd zgodził się anulować zwolnienie. Może pani wrócić na swoje stanowisko.
— A postępowanie?
— Zostanie wyciszone.
To słowo zabolało mnie bardziej niż dyscyplinarka.
— Czyli nie przyznacie, że postąpiliście źle. Po prostu wyciszycie sprawę, bo teraz jestem wam potrzebna.
Dyrektor spuścił wzrok.
— Szpital musi funkcjonować według zasad.
— Szpital powinien przede wszystkim ratować ludzi.
Oddałam mu kopertę z propozycją. Ręce już mi nie drżały.
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Może stracę mieszkanie, może będę musiała zaczynać od zera w małej poradni. Ale wiem, że nie wrócę do miejsca, w którym od lekarza oczekuje się odwagi przy stole operacyjnym i posłuszeństwa, kiedy trzeba wziąć za tę odwagę odpowiedzialność.
Czy naprawdę miałam pozwolić człowiekowi umrzeć, żeby nikt nie musiał tłumaczyć brakującego podpisu? I ilu lekarzy następnym razem wybierze formularz, bo zobaczyli, co spotkało mnie?