Teść dał nam dach nad głową, a potem chciał decydować o każdym moim kroku. Mąż długo nazywał to pomocą

— Dopóki mieszkasz pod moim dachem, będziesz robiła, co mówię.

Teść stał w drzwiach kuchni, a ja trzymałam płaczącego synka i butelkę niedopitej herbaty. Była szósta rano. Po nocy, podczas której spałam może półtorej godziny, usłyszałam, że najpierw mam umyć podłogę, a dopiero potem zająć się dzieckiem.

— On jest głodny — powiedziałam.

— Zawsze masz wymówkę.

Spojrzałam na Pawła. Siedział przy stole i wiązał buty robocze.

— Tato, daj jej chwilę — mruknął.

Chwilę. Tyle wtedy dostałam od własnego męża.

Jeszcze pół roku wcześniej mieliśmy dwa pokoje na wynajem, ratę za samochód i zwyczajne plany. Odkładaliśmy na łóżeczko. Kłóciliśmy się najwyżej o to, kto zapomniał kupić chleb.

Potem zamknięto hurtownię, w której pracowałam na umowie do dnia porodu. Paweł stracił pracę w warsztacie trzy tygodnie później. Właściciel naszego mieszkania sprzedał lokal; po wypowiedzeniu nie mieliśmy już pieniędzy na kolejną kaucję. Zaległe wynagrodzenie męża utknęło gdzieś między obietnicami szefa a pismami do inspekcji pracy.

Byłam w siódmym miesiącu ciąży, kiedy ojciec Pawła powiedział:

— Przyjeżdżajcie. Rodzinie się pomaga.

Płakałam wtedy z ulgi. Naprawdę.

Dostaliśmy dawny pokój męża w domu pod Radomiem. Tapczan skrzypiał, przy oknie stała jeszcze jego szkolna szafka. Kazimierz mieszkał sam od śmierci żony. Wydawało mi się, że obecność wnuka trochę ten dom ogrzeje.

Pierwsze zasady wyglądały niewinnie. Obiad o czternastej. Pralka tylko wieczorem, kiedy tańszy prąd. Buty równo pod ścianą.

Później doszło sprawdzanie zakupów.

— Jogurty kupujesz, a za mieszkanie płacić nie masz z czego?

Dawaliśmy mu pieniądze z mojego zasiłku i dorywczych zarobków Pawła. Kupowaliśmy jedzenie. Mimo to przy każdej sprzeczce słyszałam, że żyję na jego koszt.

W ósmym miesiącu ciąży myłam schody. Kiedy usiadłam, bo zakłuło mnie w brzuchu, stanął nade mną z wiadrem.

— Moja żona do porodu pracowała w polu.

Wieczorem powiedziałam Pawłowi, że nie daję rady.

— On już taki jest. Nie zmienisz go — odpowiedział. — Musimy przeczekać.

No to przeczekiwałam. Tylko że każdy tydzień robił ze mnie kogoś coraz cichszego.

Po narodzinach Antka było gorzej. Teść wchodził bez pukania, także kiedy karmiłam. Otwierał okno, bo „dziecko trzeba hartować”, albo zamykał je ze złością, bo „ciepło kosztuje”. Gdy synek płakał wieczorem, podkręcał telewizor.

Pewnego dnia zadzwoniła moja mama. Mieszkała w kawalerce z niepełnosprawną siostrą i nie mogła nas przyjąć, ale pytała, czy czegoś potrzebuję.

Nie zdążyłam odpowiedzieć.

— Powiedz jej, że tutaj masz jak u pana Boga za piecem — rzucił Kazimierz z korytarza.

Powiedziałam mamie, że wszystko dobrze. Potem zamknęłam się w łazience i płakałam bez dźwięku, żeby nie dać mu kolejnego powodu do uwag.

Paweł widział moje czerwone oczy. Widział też, że przed każdym wyjściem z pokoju nasłuchuję, gdzie jest jego ojciec. Nadal jednak próbował nas pogodzić.

— Ty odpuść, ja z nim pogadam.

Ale rozmawiał tak, żeby nikt się na niego nie obraził.

Przełom przyszedł tamtego ranka z podłogą. Kiedy teść wyszedł do sklepu, położyłam Antka w łóżeczku i wyjęłam torbę podróżną.

— Co robisz?

— Pakuję siebie i dziecko. Do mamy zmieścimy się na kilka dni. Potem będę szukać pomocy.

— Przecież nie mamy dokąd iść.

— Ja tutaj też nie mam gdzie być, Paweł.

Usiadł na łóżku. Przez chwilę patrzył na moje kapcie.

— Myślałem, że jak nie będzie awantur, będzie ci łatwiej.

— Tobie było łatwiej.

Nie zaprzeczył.

Nie wyprowadziliśmy się tego dnia. Paweł właśnie dostał etat w magazynie, z normalną umową i wypłatą na czas. Zostałam pod warunkiem, że zaczniemy naprawdę odkładać i szukać mieszkania. Jeszcze wieczorem zamontował zasuwkę w naszych drzwiach.

Ojciec nazwał to niewdzięcznością.

— Możesz być na mnie zły — powiedział Paweł. — Ale nie będziesz jej rozkazywał ani wchodził do pokoju bez pukania.

Przez następne tygodnie przy stole prawie nikt się nie odzywał. Wolałam tę ciszę od udawania, że jesteśmy zgodną rodziną.

Odkładaliśmy każdą możliwą złotówkę. Paweł brał dodatkowe zmiany, ja sprzedawałam rzeczy, których nie potrzebowaliśmy. Po czterech miesiącach mieliśmy kaucję i pierwszy czynsz za małe mieszkanie na czwartym piętrze, bez windy.

Przy wyprowadzce Kazimierz powiedział:

— Jeszcze wrócicie, jak wam pieniędzy zabraknie.

Paweł zaniósł łóżeczko do samochodu. Ja podziękowałam za dach nad głową. Na więcej nie było mnie stać.

Pierwszego wieczoru jedliśmy kanapki na kartonie. Antek spał obok, a ja mogłam zostawić kubek w zlewie bez tłumaczenia się komukolwiek.

Nadal liczymy pieniądze. Czasem złoszczę się na Pawła za tamte miesiące, choć widzę, jak bardzo się stara.

Czy wdzięczność za pomoc naprawdę zobowiązuje do znoszenia wszystkiego? Ja już nie potrafię tak uważać.