Teściowa zaprosiła całą rodzinę na obiad do naszego mieszkania. Mąż powiedział, żebym odpuściła, ale tym razem odmówiłam
— Czternaście osób, ale Zosia nie je mięsa, więc zrób jej osobno rybę — powiedziała teściowa, wyciągając z mojej lodówki jogurt.
Stałam boso w kuchni, w rozpiętym szlafroku. Właśnie wyszłam spod prysznica. Jeszcze minutę wcześniej byłam pewna, że jestem sama w mieszkaniu.
— Jakie czternaście osób?
— Na niedzielę. Zaprosiłam rodzinę. Przecież mówiłam Pawłowi, że dawno się nie widzieliśmy.
Była środa. Na koncie mieliśmy osiemset złotych do wypłaty.
Teściowa zerwała wieczko jogurtu i dopiero wtedy spojrzała na mnie uważniej.
— Nie rób takiej miny, Aniu. Każda gospodyni czasem przyjmuje gości.
Mieszkaliśmy tam od dziewięciu miesięcy. Dwa pokoje na kredyt, czwarte piętro bez windy. Nadal nie mieliśmy wszystkich listew przypodłogowych, a stół kupiliśmy używany. Byłam z niego dumna. Pierwszy mebel, o którym zdecydowaliśmy sami.
Klucz oddaliśmy mamie Pawła na czas remontu. Miała otworzyć hydraulikowi. Potem został u niej „na wszelki wypadek”.
Ten wypadek zdarzał się coraz częściej.
Wracałam z pracy i znajdowałam poprzekładane garnki. W koszu leżały moje ścierki, bo podobno były już brzydkie. Raz weszła do sypialni, kiedy spaliśmy w sobotę po nocnej zmianie Pawła.
— Swoi jesteśmy — rzuciła, gdy naciągnęłam kołdrę pod brodę.
Prosiłam ją, żeby dzwoniła. Uśmiechała się wtedy, jakbym powiedziała coś dziecinnego.
Tego wieczoru czekałam na Pawła przy kuchennym stole. Przed sobą położyłam rachunek za prąd i kartkę z listą osób, którą zostawiła jego matka.
— Wiedziałeś o tym obiedzie?
Zdjął kurtkę, ale nie odwiesił jej na wieszak.
— Wspominała, że może kogoś zaprosi.
— Do nas. Bez pytania nas.
— Anka, po prostu odpuść dla świętego spokoju. Zrobimy rosół, schabowe…
— Zrobimy?
Spojrzał w stronę okna.
— Pomogę ci.
— W niedzielę masz zmianę do trzynastej. Goście mają być o czternastej. Kiedy mi pomożesz?
Nie odpowiedział.
Poczułam, że zaraz się rozpłaczę, a strasznie nie chciałam. Kiedy płakałam, rozmowa zawsze schodziła na to, że jestem zmęczona i wszystko biorę do siebie.
— Nie zrobię tego obiadu — powiedziałam. — Nie kupię mięsa, nie pożyczę krzeseł od sąsiadki i nie będę przepraszać, że mamy za mało talerzy.
Paweł rzucił kurtkę na oparcie.
— To mam teraz zadzwonić do matki i powiedzieć, że zabraniasz rodzinie przychodzić?
— Masz powiedzieć, że nie zaprasza się ludzi do cudzego domu.
— Ona nam dała pieniądze na remont.
To zabolało najbardziej.
Dała nam sześć tysięcy. Sama zaproponowała. Pytałam wtedy, czy mamy oddawać w ratach. Obraziła się, że traktuję rodzinę jak bank.
— Gdybym wiedziała, że kupuje za to prawo do wchodzenia mi do sypialni, wolałabym zostać bez płytek w łazience.
— Nie przesadzaj.
Odsunęłam krzesło tak gwałtownie, że uderzyło o szafkę.
— Ja tu nawet nie mogę spokojnie wyjść spod prysznica. Rozumiesz to? Nasłuchuję klucza we własnych drzwiach.
Dopiero wtedy odłożył telefon.
Przez chwilę słychać było tylko lodówkę. Paweł usiadł, przetarł twarz dłońmi.
— Jak jej odmawiam, to potem przez tydzień mówi, że po śmierci ojca została zupełnie sama.
Wiedziałam. Słyszałam to nieraz. Mnie też było jej żal.
— Możemy ją odwiedzać. Możesz do niej dzwonić codziennie. Ale nie mogę płacić za jej samotność tym, że nie mam swojego miejsca.
Następnego dnia zadzwonił przy mnie. Nie prosiłam o głośnik, sam go włączył.
— Mamo, w niedzielę nie będzie u nas obiadu. Nie ustaliłaś tego z nami.
— Ania ci kazała?
Zacisnęłam palce na kubku.
— Nie. Ja też się na to nie zgadzam.
Potem było o niewdzięczności, pieniądzach i synu, który się zmienił. Paweł pobladł, ale nie zaczął mnie tłumaczyć.
— I potrzebujemy z powrotem klucza. Od teraz umawiamy odwiedziny wcześniej.
Przyniosła go w sobotę. Położyła na szafce w przedpokoju, obok zdjęcia z naszego ślubu.
— Proszę. Żebyście już nie musieli traktować mnie jak złodzieja.
Otworzyłam usta, ale Paweł odezwał się pierwszy.
— Nikt tak cię nie traktuje. Chcemy tylko wiedzieć, kto i kiedy do nas przychodzi.
Wyszła bez pożegnania.
W niedzielę jedliśmy makaron z sosem pomidorowym. Paweł sprawdzał telefon częściej niż zwykle. Mnie ściskało w żołądku, chociaż przecież postawiłam na swoim. Żadne z nas nie czuło się zwycięzcą.
Po obiedzie zapytał, czy następnym razem możemy zaprosić mamę sami. Zgodziłam się. Na kawę, w sobotę, po wcześniejszym ustaleniu.
Nadal boję się kolejnej awantury. Ale czy naprawdę spokój w rodzinie musi oznaczać, że jedna osoba ciągle ustępuje?