Przez rok myłam jego matkę, podawałam jej leki i zarywałam noce. Gdy poprosiłam o opiekunkę, usłyszałam, że nie mam serca
— Czyli chcesz oddać moją matkę obcej babie? — Paweł rzucił wydruk z agencji na stół. Kartka wpadła w rozlaną herbatę. Miałam jeszcze mokry rękaw po myciu jego mamy i tak obolałe plecy, że nie mogłam usiąść bez podpierania się o blat.
— Nie. Chcę przez jedną noc przespać sześć godzin.
Jego siostra, Beata, odsunęła ode mnie talerzyk.
— Każdy jest zmęczony. Tylko nie każdy robi z tego przedstawienie.
Patrzyłam na nich i myślałam o pieluchomajtkach, które właśnie wyniosłam do śmietnika. O tym, że nikt nawet nie zapytał, czy zjadłam śniadanie.
Wszystko zaczęło się jedenaście miesięcy wcześniej, kiedy teściowa przeszła udar. Po rehabilitacji nadal potrzebowała pomocy przy wstawaniu, toalecie i ubieraniu. Mówiła wolno, czasami płakała ze złości, bo prawa dłoń nie chciała jej słuchać.
— Na kilka tygodni zamieszka u nas — powiedział Paweł. — Potem ustalimy, co dalej.
Nie ustaliliśmy.
Beata miała dzieci i sklep. Druga siostra, Dorota, pracowała na zmiany. Ja prowadziłam księgowość kilku małych firm z domu.
— Ty przynajmniej możesz zamknąć komputer — usłyszałam. — I nie masz dzieci.
Nie mieliśmy dzieci po trzech poronieniach. Wszyscy o tym wiedzieli.
Na początku naprawdę chciałam pomóc. Pani Zofia nigdy nie była dla mnie szczególnie ciepła, ale kiedy pierwszy raz musiałam ją rozebrać do mycia, odwróciła twarz do ściany.
— Nie patrz tak na mnie — szepnęła.
— Patrzę, żeby pani nie upadła.
Wtedy ścisnęła mnie zdrową ręką za nadgarstek. Pomyślałam, że jakoś przez to przejdziemy.
Potem zostały już głównie godziny. Siódma: leki. Ósma: śniadanie. Mycie, pranie, telefon do przychodni. Czekanie na transport, przekładanie wizyty, bo zabrakło miejsca. Nocne wołanie do toalety.
Paweł wracał z pracy i pytał:
— Mama zjadła? A dla mnie coś zostało?
Kiedy prosiłam, żeby przejął wieczór, odpowiadał, że przecież pomaga. Wynosił śmieci i odbierał recepty. Tylko że matka wstydziła się przy nim rozbierać, a on przyjmował to z wyraźną ulgą.
Siostry przywoziły banany, jogurty, czasem rosół. Siadały na godzinę, robiły mamie zdjęcie, wysyłały na rodzinnej grupie. Pod spodem były serduszka.
Ja dostawałam wiadomość: „Dopilnuj, żeby dużo piła”.
Straciłam dwóch klientów. Nie mogłam odbierać telefonów, kiedy teściowa potrzebowała pomocy, a dokumenty oddawałam po terminie. Paweł uznał, że teraz mam przynajmniej luźniej.
No i tak to się zrobiło, że moje zarobki malały, a obowiązków przybywało.
Pewnej nocy osunęła mi się przy łóżku. Utrzymałam ją, ale poczułam ostry ból w krzyżu. Rano lekarz powiedział, że nie powinnam sama jej podnosić. Wróciłam z receptą i przez dziesięć minut siedziałam w samochodzie pod blokiem. Nie miałam siły wejść.
Tego dnia zadzwoniłam do agencji. Cztery godziny pomocy w dni robocze kosztowały więcej, niż mogliśmy swobodnie wydać. Dlatego zaprosiłam rodzeństwo męża. Chciałam podziału kosztów i dyżurów, nie cudu.
Na kartce rozpisałam wszystko: dochody mamy, jej leki, nasz możliwy udział. Zapytałam też w ośrodku pomocy społecznej o usługi opiekuńcze, ale najpierw miała być ocena sytuacji. Pomocy potrzebowałam już.
— Albo wspólnie opłacamy opiekunkę i ustalamy dyżury, albo przestaję być jedyną opiekunką — powiedziałam przy tym stole.
Dorota skrzyżowała ręce.
— Czy ty masz w ogóle empatię? To jest nasza matka.
— Właśnie. Wasza.
Zapadła cisza. Paweł popatrzył na drzwi pokoju mamy, jakby to ja powiedziałam coś wstydliwego.
— Wiedziałem, że kiedyś mi to wypomnisz.
— Ja ci nie wypominam choroby mamy. Mówię, że sama nie daję rady.
Wtedy z pokoju dobiegło wołanie. Wstałam odruchowo. A potem usiadłam z powrotem.
— Paweł, idź.
— Ale ona woli ciebie.
— Ja też wiele rzeczy bym wolała.
Poszedł. Po chwili wrócił po czyste prześcieradło. Nie wiedział, w której szafce leży. Po jedenastu miesiącach.
Nie nastąpiło żadne wielkie pogodzenie. Beata wyszła obrażona. Dorota powiedziała, że sprawdzi swój grafik. Paweł przez resztę wieczoru prawie się do mnie nie odzywał.
Następnego ranka położyłam przed nim własny grafik pracy i zalecenia lekarza. Powiedziałam, które obowiązki mogę nadal wykonywać, a których już nie. Zostałam przy swoim, chociaż trzęsły mi się ręce.
Od trzech tygodni przychodzi opiekunka. Siostry dokładają pieniądze, Paweł przejął wieczory. Wciąż pyta mnie, gdzie leżą rzeczy, ale nie przynoszę mu ich na każde zawołanie.
Wczoraj pani Zofia powiedziała, że chyba jestem na nią zła.
— Nie na panią — odpowiedziałam. I dopiero wtedy się rozpłakałam.
Nadal ją myję, czasem karmię, wożę do lekarza. Tylko już nie sama.
Czy naprawdę musiałam niemal stracić zdrowie, żeby moje zmęczenie zaczęło się liczyć? I dlaczego prośba o podział opieki zabrzmiała dla nich gorzej niż moje codzienne: „Już nie daję rady”?