Kiedy zobaczyłem fotel po ojcu przy śmietniku, zrozumiałem, że we własnym mieszkaniu muszę już prosić o pozwolenie

— Zostaw. Naprawdę będziesz go wnosił z powrotem? — Marta stała w drzwiach klatki, kiedy wyciągałem fotel ojca spod mokrego kartonu przy śmietniku.

Jedna noga była pęknięta. Na zielonym obiciu leżały fusy po kawie. Jeszcze rano stał przy oknie w moim pokoju.

— Kto ci pozwolił go wyrzucić?

— Mieszkam tu. Czy na wszystko mam mieć twoją zgodę?

Trzymałem ten fotel tak mocno, że drzazga weszła mi pod paznokieć. Nawet jej wtedy nie poczułem.

Mam czterdzieści trzy lata. Mieszkanie na warszawskiej Woli kupiłem na kredyt, jeszcze przed poznaniem Marty. Czterdzieści osiem metrów, kuchnia bez miejsca na stół i sąsiadka, która słyszała każde głośniejsze kichnięcie. Żaden luksus. Ale po latach wynajmowania pokoi pierwszy raz mogłem zamknąć drzwi i odetchnąć.

Marta wprowadziła się osiem miesięcy przed naszym ślubem. Kończyła jej się umowa najmu, właściciel podnosił czynsz o osiemset złotych. Sam powiedziałem, żeby przestała płacić obcemu.

Przyjechała z sześcioma torbami, paprotką i pudełkiem kubków. Pamiętam, jak przepraszała, że zajmuje za dużo miejsca.

— Przestań. Teraz to też twój dom.

Później często mi to przypominała.

Najpierw zmieniła zasłony. Potem przestawiła kanapę, bo podobno telewizor wisiał za wysoko. Ucieszyłem się nawet. Przed nią jadłem kolację nad zlewem, a pranie zdejmowałem dopiero wtedy, kiedy potrzebowałem suszarki.

Marta robiła zakupy, pilnowała rachunków, kupiła porządną pościel. Dzieliliśmy opłaty i jedzenie, ratę kredytu płaciłem sam. Kiedy miałem zapalenie płuc, nosiła mi rosół i odbierała telefony od szefa. Nie chcę udawać, że od początku było źle.

Tylko później moje rzeczy zaczęły znikać.

Kubek wyszczerbiony przez mamę trafił do kosza. Płyty do kartonu w piwnicy. Koszule, których nie lubiła, znalazłem w worku przeznaczonym do oddania.

— Przecież od dawna ich nie nosisz.

— Tę niebieską miałem w zeszłym tygodniu.

— Piotrek, nie zaczynaj o koszulę.

I nie zaczynałem. Człowiek sobie mówi: dobra, odpuszczę, przecież to głupota. Tylko tych głupot robiło się coraz więcej.

Po ślubie ustaliła, że w dużym pokoju nie może leżeć mój służbowy laptop. Że po dwudziestej pierwszej nie gotujemy, bo zapach zostaje na noc. Że mój brat nie powinien wpadać bez zapowiedzi.

Z tym ostatnim nawet się zgadzałem. Problem w tym, że dowiedziałem się o zasadzie od brata, któremu Marta odmówiła wejścia, kiedy przyniósł mi wiertarkę.

— Mogłaś do mnie zadzwonić.

— A ty mogłeś wcześniej zapytać, czy mam ochotę na gości.

Nie umiałem jej wytłumaczyć, że pytanie nie może działać tylko w jedną stronę.

Próbowałem rozmawiać w niedzielę przy śniadaniu. Powiedziałem, że potrzebuję swojego miejsca. Zaproponowałem biurko w sypialni.

— A ja gdzie mam swoje miejsce? — spytała. — W szafie dostałam dwie półki. Wszystkie dokumenty są na ciebie. Jak się pokłócimy, zawsze możesz powiedzieć, żebym wyszła.

To mnie zatrzymało. Nigdy jej tym nie groziłem, ale rzeczywiście mówiłem „u mnie”, nawet przy znajomych. Przeprosiłem. Opróżniłem połowę szafy i jedną komodę. Ustaliliśmy, że większe zmiany robimy razem.

Dwa tygodnie później wróciłem z pracy i zobaczyłem pusty kąt przy oknie.

Fotel po ojcu był stary. Wiedziałem. Kiedy ojciec chorował, siedziałem na nim obok jego łóżka. Po pogrzebie sam zniosłem go z trzeciego piętra. Marta o tym wiedziała.

Wciągnąłem go do windy. Ona weszła za mną.

— Kupiłam nowy. Chciałam ci zrobić niespodziankę.

— Mówiłem, że tego nie oddam.

— Bo tutaj wszystko musi zostać po twojemu!

W mieszkaniu puściło mi kompletnie.

— To dlaczego boję się postawić własne buty w przedpokoju?!

Krzyknąłem za głośno. Marta drgnęła, a ja od razu ściszyłem głos.

— Nie chcę tak z tobą rozmawiać. Ale nie możesz wyrzucać moich rzeczy, kiedy wychodzę do pracy.

Rozpłakała się. Powiedziała, że przy mnie zawsze będzie lokatorką. Odpowiedziałem, że ostatnio sam czuję się jak lokator, tylko jeszcze spłacam kredyt.

To było podłe zdanie. Żałuję go do dziś.

Przez następny tydzień rozmawialiśmy głównie o tym, kto kiedy wraca. Zaproponowałem terapię małżeńską. Marta powiedziała, że najpierw potrzebuje oddechu. Wynajęła pokój niedaleko pracy.

Pomogłem jej znieść torby. Paprotkę trzymała na kolanach, jak wtedy, gdy się wprowadzała. Wróciłem na górę i odruchowo zdjąłem buty, zanim przekroczyłem próg.

Fotel oddałem do naprawy. Nadal jesteśmy małżeństwem, choć od trzech miesięcy mieszkamy osobno. Tęsknię za nią najbardziej przy niedzielnym śniadaniu.

Chciałem, żeby czuła się u siebie. Tylko czy naprawdę musiałem przestać czuć się u siebie, żeby jej to udowodnić?