Przyjechałam z narzeczonym na sylwestra do jego rodziców. Jego mama spojrzała na moje tatuaże i zapytała, czy naprawdę zamierzam tak wychowywać jej wnuki

— A ten kolczyk wyjmujesz chociaż do jedzenia? — zapytała matka Pawła, zanim zdążyłam zdjąć płaszcz.

Stałam w przedpokoju z sernikiem w rękach. Paweł właśnie strzepywał śnieg z butów. Spojrzał na mnie, potem na matkę.

— Mamo, to jest Zofia. Może najpierw się przywitacie?

Pani Hanna podała mi dłoń. Chłodną, sztywną. Jej wzrok zatrzymał się na wytatuowanych palcach, potem powędrował do szyi.

— No, na zdjęciach nie było aż tak widać.

Uśmiechnęłam się głupio. Tak mam, kiedy ktoś mnie zawstydza. Zamiast się odezwać, jeszcze człowiek przeprasza twarzą, że żyje.

To miała być zwykła sylwestrowa kolacja. Śledzie, sałatka jarzynowa, pieczony schab. Potem telewizor i szampan o północy. Jechaliśmy z Łodzi prawie dwie godziny, a ja przez pół drogi pytałam, czy jego mama na pewno lubi sernik bez rodzynek.

Paweł zapewniał, że polubi też mnie.

Przy stole jego ojciec, pan Andrzej, zapytał o pracę. Powiedziałam, że jestem tatuażystką i wynajmuję stanowisko w studiu.

— Czyli własnej firmy nie masz? — wtrąciła pani Hanna.

— Mam działalność. Dzielimy koszty lokalu z dwiema dziewczynami.

— A szkoła jakaś jest do tego potrzebna?

Odłożyłam widelec.

— Skończyłam technikum plastyczne. Potem kursy, praktyki. Uczę się cały czas.

— Nasz Paweł ma magistra.

— Wiem. Byłam na jego obronie.

Paweł położył rękę na moim kolanie. Jeszcze spokojnie. Jeszcze oboje udawaliśmy, że to tylko niezręczne pytania.

Kiedy zaproponowałam pomoc przy podaniu schabu, jego mama wskazała mi talerze. Poszłam za nią do kuchni. Pachniało majerankiem i przypaloną skórką.

— Nie obraź się — zaczęła, poprawiając ścierkę na uchwycie piekarnika. — Ale Paweł zawsze był taki poukładany. Myślałam, że wybierze kogoś… spokojniejszego.

— Jestem spokojna.

— Wiesz, o czym mówię. Przy dzieciach pewne rzeczy wyglądają niepoważnie.

Ścisnęłam brzegi talerzy tak mocno, że zabolały mnie palce.

Nie wiedziała, że odkładam pieniądze na większy lokal. Że ratę za sprzęt płacę przed terminem, a grudzień przepracowałam niemal bez wolnego. Widziała kolczyk w nosie i czarne kwiaty na przedramieniu. Resztę już sobie dopowiedziała.

Wróciłam do stołu. Nie chciałam robić sceny w cudzym domu.

Scena przyszła sama, razem z tematem mieszkania.

— Rozmawialiśmy z ojcem — oznajmiła pani Hanna. — Możemy wam dołożyć do wkładu własnego. Ale musimy wiedzieć, że oboje poważnie myślicie o przyszłości.

Paweł zesztywniał.

— Myślimy.

— To może Zofia poszukałaby normalnej pracy? Ze stałą pensją. W biurze raczej trzeba się prezentować odpowiednio, więc byłaby motywacja.

— Moja praca jest normalna — powiedziałam.

Głos mi zadrżał. Ze złości, nie ze wstydu. Chyba.

— Mamo, wystarczy.

— Ja tylko chcę, żebyś nie musiał nikogo utrzymywać.

Paweł odsunął krzesło. Nóż stuknął o talerz.

— Od trzech miesięcy to Zosia utrzymuje głównie nas.

Spojrzałam na niego. Nie tak mieli się dowiedzieć.

Stracił pracę po zamknięciu działu. Wysyłał życiorysy, chodził na rozmowy, nocami liczył pieniądze. Rodzicom mówił, że wszystko dobrze. Bał się ich rozczarować.

— Dlaczego nic nie powiedziałeś? — spytał ojciec.

— Bo każda rozmowa zaczyna się od tego, kto ile zarabia i kiedy kupimy mieszkanie. A przy niej mogę czasem nie dawać rady.

Pani Hanna patrzyła na syna. Potem na mnie.

— Mogłaś przecież powiedzieć wcześniej.

— To nie był mój sekret.

Przez chwilę słyszałam tylko lodówkę i fajerwerki odpalane gdzieś za oknem.

— Nie potrzebujemy pieniędzy za zmianę mojego wyglądu — dodałam. — Możemy dłużej wynajmować.

Paweł ścisnął moją dłoń.

Nie padły wielkie przeprosiny. Jego mama zaczęła zbierać talerze, chociaż ojciec jeszcze jadł. Pomogłam jej, ale tym razem nie próbowałam zagadywać ciszy.

Przy zlewie zapytała cicho:

— Naprawdę dajecie sobie radę?

— Bywa ciężko. Jak wielu ludziom.

Pokiwała głową. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma mokre oczy.

O północy życzyła mi zdrowia. Nic więcej. Ale objęła mnie, krótko i niezręcznie, uważając, żeby nie zahaczyć swetrem o mój kolczyk.

Nie naprawiło się wszystko od jednej rozmowy. W styczniu znów spytała Pawła, czy nie przeszkadzają mu moje tatuaże. Powiedział, że przeszkadza mu to pytanie.

Za to w lutym zadzwoniła bezpośrednio do mnie. Chciała przepis na sernik. Pod koniec rozmowy zapytała, czy mam dużo klientów. Odpowiedziałam ostrożnie, czekając na uwagę o „normalnej pracy”. Nie padła.

Wciąż trudno mi przy niej odsłonić przedramiona bez tego krótkiego zawahania. Ale ostatnio zaprosiła nas na niedzielę i powiedziała: „Zosiu, przyjedźcie wcześniej, pogadamy”.

Chcę dać jej szansę. Tylko czy można powoli budować bliskość, nie udając przy tym, że tamte słowa już nie bolą?