Przepisałam córce mieszkanie i samochód. Zostawiła mnie z niczym, a potem zadzwoniła: „Mamo, nie mam dokąd wrócić”

— Mamo, tylko się nie rozłączaj. Paweł mnie zostawił. Nie mam pieniędzy nawet na powrót.

Stałam przy kuchence, trzymając telefon w jednej ręce, a w drugiej łyżkę. W garnku kipiała zupa. Patrzyłam, jak zalewa palnik, i nie mogłam ruszyć ręką.

— Mamo? Słyszysz mnie?

Słyszałam. Przez osiem miesięcy czekałam, żeby usłyszeć jej głos. Teraz chciałam, żeby zamilkła.

— A pamiętasz, co powiedziałaś, kiedy ja nie miałam dokąd pójść?

Po drugiej stronie zrobiło się cicho.

Miałam sześćdziesiąt dwa lata, kiedy Marta namówiła mnie na darowiznę. Moje mieszkanie w łódzkim bloku, czterdzieści osiem metrów, było wszystkim, co zostało mi po trzydziestu siedmiu latach pracy i po mężu. Samochód kupiliśmy jeszcze razem. Stary, ale jeździł.

Marta przychodziła wtedy co niedzielę. Przywoziła sernik, poprawiała mi firanki. Pytała, czy biorę tabletki. Po śmierci jej ojca dom nagle ucichł, więc te wizyty były dla mnie jak powietrze.

— Sprzedamy mieszkanie, dołożymy za auto i kupimy mały dom pod miastem. Ty na dole, my na górze. Zostanie jeszcze na naszą działalność — tłumaczyła.

Paweł kiwał głową nad kartką z wyliczeniami.

— Ale dlaczego mam wszystko przepisywać? — zapytałam.

— Żebyśmy mogli działać bez ciągania cię po urzędach. Mamo, przecież nie jesteśmy obcy.

To zdanie pamiętam najlepiej.

Notariusz zapytał, czy rozumiem, że oddaję własność. Rozumiałam słowa. Nie dopuszczałam do siebie ich znaczenia. Gdy wspomniał o zabezpieczeniu mojego mieszkania, Marta ścisnęła mnie pod stołem za rękę.

— Przecież zaraz sprzedajemy i kupujemy wspólne. Nie komplikujmy.

Podpisałam. Samochód oddałam jej osobną umową kilka dni później.

Nabywcy mieszkania mieli wprowadzić się pod koniec miesiąca. Ja tymczasem przeniosłam się do Marty i Pawła. „Na chwilę”, mówiła. Domu wciąż szukali, pieniądze podobno pracowały na jakiejś lokacie.

Potem zobaczyłam walizki w przedpokoju.

— Wyjeżdżamy. Dostaliśmy szansę za granicą — oznajmiła córka, nie patrząc mi w oczy.

— A ja?

Paweł wyszedł z kuchni. Nawet nie udawał, że to jego sprawa.

— Mamo, jesteś dorosła. Masz emeryturę. Coś wynajmiesz.

Usiadłam, bo kolana zrobiły mi się miękkie.

— Oddałam ci mieszkanie.

— No i znowu będziesz mi to wypominać?

Następnego dnia wyjechali. Właściciel ich wynajmowanego mieszkania dał mi tydzień na zabranie rzeczy.

Pierwszą noc spędziłam u Ireny z dawnej pracy. Spałam na rozkładanym fotelu, obok suszarki z praniem jej wnuka. Udawałam, że boli mnie kręgosłup, żeby wytłumaczyć, dlaczego nie śpię. Tak naprawdę bałam się zamknąć oczy.

Irena znalazła mi pokój u znajomej. Tysiąc sto złotych plus rachunki. Po lekach i opłatach liczyłam, czy mogę kupić ser, czy wystarczy margaryna.

Poszłam też po bezpłatną pomoc prawną. Prawniczka pomogła mi przygotować odwołanie darowizny z powodu rażącej niewdzięczności. Uprzedziła, że odzyskanie pieniędzy po sprzedaży majątku może wymagać procesu i potrwać.

Marta odpisała tylko: „Naprawdę chcesz ciągać własne dziecko po sądach?”.

Potem przestała odpowiadać.

Na Wielkanoc kupiłam dwa jajka. Jedno pękło podczas gotowania. Rozpłakałam się nad tym garnkiem, no głupio tak, ale właśnie wtedy wszystko ze mnie zeszło.

A teraz ona płakała do telefonu.

Paweł odszedł do innej kobiety. Pieniądze ze sprzedaży trafiały na jego konto, bo miał zajmować się zakupem domu i firmą. Marta podpisywała kolejne dokumenty. Twierdziła, że nie wie, co jeszcze zostało.

— Zaufałam mu — wyszeptała.

Musiałam odłożyć łyżkę.

— Ja też komuś zaufałam.

Nie odpowiedziała od razu. Słyszałam jej oddech.

— Wiem, mamo. Wiem, co ci zrobiłam.

Chciałam usłyszeć te słowa od miesięcy. Kiedy wreszcie padły, nie zrobiło mi się lżej.

Poprosiła, żebym pożyczyła jej na bilet i pozwoliła zamieszkać u siebie. Spojrzałam na swój pokój. Wąskie łóżko, czajnik na komodzie, moje ubrania na rurce przy ścianie.

— Nie mam dla ciebie mieszkania, Marta. Swoje ci już dałam.

Zaczęła szlochać. Nie rozłączyłam się. To było wszystko, na co było mnie wtedy stać.

Następnego ranka napisałam, że mogę kupić najtańszy bilet bezpośrednio u przewoźnika. Po powrocie pomogę jej znaleźć nocleg i pracę. Pieniędzy nie przeleję. Sprawy darowizny nie wycofam.

Odpisała: „Czyli mi nie wybaczysz?”.

Długo patrzyłam na ekran.

W końcu napisałam: „Jeszcze nie wiem. Ale nie zostawię cię głodnej”.

Chcę jej pomóc, tylko wciąż boję się, że znów pomylę miłość z obowiązkiem oddania wszystkiego. Czy mogę być dobrą matką i tym razem nie dać jej tego, o co prosi?