Były zięć żąda połowy mieszkania mojej córki po rozwodzie – czy sprawiedliwość jeszcze istnieje?

– Panie Andrzeju, niech pan zrozumie, ja tylko chcę to, co mi się należy! – głos Pawła odbija się echem po klatce schodowej. Stoję naprzeciwko niego, czując, jak serce wali mi w piersi. Jeszcze dwa lata temu świętowaliśmy tu razem Wigilię, a dziś… dziś mój były zięć patrzy mi prosto w oczy i żąda połowy mieszkania mojej córki.

Nie wiem, kiedy to wszystko się zaczęło psuć. Może wtedy, gdy zauważyłem, że Paweł coraz częściej wraca do domu późno, a moja córka Kasia chodzi z podkrążonymi oczami. Próbowałem nie wtrącać się w ich sprawy – przecież to dorośli ludzie. Ale kiedy Kasia zadzwoniła do mnie zapłakana o drugiej w nocy, wiedziałem już, że nie mogę dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.

– Tato, Paweł powiedział, że jeśli się rozstaniemy, będzie chciał połowę mieszkania… – jej głos łamał się przez łzy. – Przecież to wasze mieszkanie! To wy z mamą je kupiliście!

Pamiętam dzień, kiedy podpisywaliśmy akt notarialny. Z żoną oszczędzaliśmy przez lata, rezygnując z wakacji i nowych mebli, żeby nasza jedynaczka miała dobry start. Kiedy poznała Pawła, wydawał się porządnym chłopakiem – pracowity, uprzejmy, zawsze gotów pomóc. Cieszyliśmy się, że Kasia znalazła kogoś takiego. Nawet kiedy zamieszkali razem w naszym mieszkaniu na Mokotowie, nie miałem żadnych obaw.

Wszystko zmieniło się po ślubie. Paweł zaczął mówić o remontach – chciał nową kuchnię, łazienkę z prysznicem zamiast wanny. Zgodziłem się dorzucić do materiałów, ale Paweł upierał się, że sam wszystko sfinansuje. „To będzie mój wkład w waszą rodzinę” – mówił z dumą. Nie protestowałem. W końcu to ich dom.

Kiedy zaczęły się kłótnie o pieniądze i czas spędzany poza domem, próbowałem rozmawiać z Kasią. Zawsze powtarzała: „Tato, damy sobie radę”. Ale potem przyszła ta nocny telefon i wszystko runęło.

Rozwód był szybki i bolesny. Paweł wyniósł się do kolegi na Ursynów i przez kilka tygodni nie dawał znaku życia. Myśleliśmy z żoną, że to koniec problemów. Aż do dnia, gdy przyszło pismo od adwokata Pawła: „W związku z poniesionymi nakładami na nieruchomość żądam zwrotu połowy wartości mieszkania lub jego sprzedaży i podziału środków”.

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przecież mieszkanie było nasze – kupione za nasze pieniądze, wpisane do księgi wieczystej na mnie i żonę! Paweł nigdy nie był współwłaścicielem. Jego „wkład” to kilka tysięcy złotych na remont kuchni i łazienki.

– Andrzej, musimy coś zrobić – żona patrzyła na mnie z rozpaczą. – Przecież on nie ma prawa!

Ale prawo bywa przewrotne. Adwokat Kasi tłumaczył nam przez godzinę: „Jeśli sąd uzna, że Paweł rzeczywiście poniósł istotne nakłady na nieruchomość i działał w dobrej wierze jako mąż właścicielki lokalu, może przyznać mu zwrot części tych nakładów… Ale nie połowę wartości mieszkania!”.

Mimo to Paweł nie odpuszczał. Zaczął rozpowiadać po rodzinie i znajomych, że „teściowie chcą go okraść”, że „poświęcił lata dla tej rodziny”. Moja siostra zadzwoniła do mnie z pretensjami: „Może rzeczywiście powinniście mu coś oddać? Przecież remontował to mieszkanie!”.

Czułem się zdradzony przez wszystkich. Przez Pawła – bo okazał się człowiekiem bez skrupułów; przez rodzinę – bo zamiast stanąć po naszej stronie, zaczęli nas oceniać; przez samego siebie – bo pozwoliłem Kasi wejść w taki związek.

Najgorsze były rozmowy z Kasią. Siedziała wieczorami przy stole w kuchni i płakała:
– Tato, ja już nie mam siły… On mnie szantażuje! Mówi, że jeśli nie dostanie tych pieniędzy, pójdzie do mediów i zrobi ze mnie potwora.

Chciałem ją przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale sam nie wierzyłem już w sprawiedliwość.

W końcu doszło do rozprawy sądowej. Siedzieliśmy z żoną na twardych ławkach pod salą rozpraw. Paweł przyszedł w nowym garniturze, z pewnym siebie uśmiechem na twarzy. Jego adwokat wyliczał każdą złotówkę wydaną na remonty: „Nowa lodówka – 2 500 złotych; płytki do łazienki – 1 800 złotych; robocizna – 3 000 złotych…”.

Sędzia słuchała cierpliwie. W końcu spojrzała na Pawła:
– Czy był pan współwłaścicielem mieszkania?
– Nie…
– Czy miał pan umowę darowizny lub udziału?
– Nie…
– Czy był pan świadomy, że mieszkanie należy do teściów?
– Tak…

Zapadła cisza. Sędzia odczytała wyrok: „Sąd uznaje roszczenie powoda za bezzasadne w zakresie udziału własnościowego w nieruchomości. Zasądza zwrot udokumentowanych nakładów na rzecz powoda w wysokości 7 300 złotych”.

Paweł wyszedł z sali czerwony ze złości. Kasia odetchnęła z ulgą po raz pierwszy od miesięcy. Ale ja… ja poczułem tylko pustkę.

Czy naprawdę tak wygląda dzisiejszy świat? Czy pieniądze mogą przekreślić lata wspólnego życia? Czy rodzina to już tylko interesy i paragrafy?

Czasem zastanawiam się: gdzie popełniłem błąd? Czy można było temu zapobiec? A może każdy z nas jest bezbronny wobec chciwości drugiego człowieka?