Cztery mieszkania Bożeny – opowieść o chciwości i rodzinnych ranach

– Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo, prawda? – Bożena trzaska drzwiami kuchni, a ja czuję, jakby ktoś właśnie wyciągnął mi spod nóg dywan. Mama siedzi przy stole, jej dłonie drżą, a w oczach widać łzy. W powietrzu unosi się zapach świeżo zaparzonej kawy i napięcie, które można by kroić nożem.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy z Bożeną spokojnie. Moja starsza siostra zawsze była tą „lepszą” – świetne oceny, szybka kariera w Warszawie, a potem kolejne mieszkania kupowane jedno po drugim. Ja zostałam w Radomiu z mamą, opiekując się nią po śmierci taty. Nasz dom był dla mnie wszystkim – miejscem dzieciństwa, schronieniem przed światem. Dla Bożeny stał się tylko kolejnym adresem na liście nieruchomości.

– Mamo, nie możemy jej na to pozwolić – mówię cicho, próbując ukryć własny strach. – Przecież to nasz dom. Twój i mój.

Mama patrzy na mnie bezradnie. – Ona mówi, że to dla naszego dobra. Że sprzeda dom i podzieli pieniądze…

– Dla naszego dobra? – przerywam jej z goryczą. – Ona już ma cztery mieszkania! Po co jej jeszcze nasz dom?

Bożena wraca do kuchni z plikiem dokumentów. – Albo podpiszecie pełnomocnictwo, albo sprawa trafi do sądu. Ja nie mam czasu na sentymenty. Trzeba myśleć przyszłościowo.

Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwy lęk. Nie przed Bożeną, ale przed tym, co może się stać z nami dwiema – mną i mamą – jeśli naprawdę stracimy dom. Przez kolejne tygodnie żyłyśmy jak na bombie zegarowej. Bożena dzwoniła codziennie, groziła sądem, straszyła komornikiem. Mama zaczęła coraz częściej płakać po nocach, a ja nie mogłam spać, bo w głowie kłębiły mi się myśli: gdzie pójdziemy? Co zrobimy?

Pewnego dnia przyszło pismo z sądu. Bożena złożyła pozew o zniesienie współwłasności. Siedziałyśmy z mamą przy stole, trzymając się za ręce, kiedy czytałyśmy te suche urzędowe słowa. „Wnoszę o podział majątku… dom przy ul. Słowackiego…”.

– Może powinnam się zgodzić – szepcze mama. – Może Bożena ma rację…

– Nie! – wybucham. – To nasz dom! Tata by na to nie pozwolił!

Ale tata już nie żył. Zostałyśmy same z problemem większym niż cokolwiek, co wcześniej przeżyłyśmy.

Zaczęły się rozprawy sądowe. Bożena przyjeżdżała w eleganckim płaszczu, z prawnikiem u boku. Ja siedziałam obok mamy, czując się jak dziecko w świecie dorosłych reguł i paragrafów. Sędzia zadawał pytania, a Bożena mówiła o „racjonalnym gospodarowaniu majątkiem”, o „potrzebie inwestycji”. Ja mówiłam o wspomnieniach, o świętach przy jednym stole, o ogrodzie pełnym bzu.

– Pani Bożeno – zapytał sędzia podczas jednej z rozpraw – czy naprawdę nie może pani zostawić matce i siostrze domu?

Bożena wzruszyła ramionami. – To tylko nieruchomość.

Tylko nieruchomość…

Po jednej z rozpraw mama dostała ataku serca. Spędziłyśmy tydzień w szpitalu na Józefowie. Patrzyłam na jej blade dłonie i czułam narastającą wściekłość na Bożenę, na cały świat, na siebie za to, że nie potrafię nas obronić.

Po wyjściu ze szpitala mama była już cieniem samej siebie. Przestała wychodzić do ogrodu, przestała rozmawiać przez telefon z sąsiadkami. Ja próbowałam znaleźć pracę na pół etatu, żeby mieć choć trochę pieniędzy na adwokata.

Pewnego wieczoru zadzwoniła Bożena.

– Wiesz co? Może rzeczywiście przesadziłam… Ale ja też mam swoje życie! Nie mogę ciągle myśleć o was! – jej głos był zmęczony, ale nie usłyszałam w nim skruchy.

– Bożena, my tu nie mówimy o nowej torebce czy samochodzie! Mówimy o naszym domu! O mamie!

– Ty zawsze robisz ze mnie potwora…

Rozłączyła się.

W końcu zapadł wyrok: dom miał zostać sprzedany, a pieniądze podzielone między nas trzy. Dostałyśmy trzy miesiące na wyprowadzkę.

Pakowałyśmy z mamą kartony w milczeniu. Każda filiżanka owinięta w gazetę bolała jak rana. Każda książka zdjęta z półki przypominała mi dzieciństwo.

Ostatniego dnia przed wyprowadzką przyszła Bożena. Stała w progu i patrzyła na puste ściany.

– Przepraszam… – powiedziała cicho.

Nie odpowiedziałam. Mama tylko pokiwała głową i wyszła do ogrodu po raz ostatni.

Znalazłyśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Mama nigdy już nie odzyskała dawnej radości życia. Ja długo nie mogłam spać po nocach, śniąc o naszym starym domu.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto było walczyć? Czy pieniądze są ważniejsze niż rodzina? Czy można jeszcze kiedyś zaufać komuś tak bliskiemu?

Może ktoś z was zna odpowiedź? Czy wy też przeżyliście podobną historię?