„Czy naprawdę musiałem stracić wszystko, by zrozumieć, co znaczy rodzina?” – Historia Pawła z Krakowa

– „Nie wytrzymam już ani chwili dłużej!” – głos Ani odbił się echem w ciasnej kuchni naszego mieszkania na Prokocimiu. Stała przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a łzy spływały jej po policzkach. Moja mama, pani Zofia, siedziała przy stole i patrzyła na nią z pogardą.

– „Jak ci się nie podoba, droga pani, to droga wolna! Ale pamiętaj – dzieci wychowuje się po polsku, nie po twojemu!” – syknęła mama, stukając palcami o blat.

A ja? Stałem w progu, jak zwykle milczący. W głowie miałem tylko jedno: „Przecież mama wie lepiej. Zawsze wiedziała.”

Zawsze byłem synem mamusi. Ojciec zmarł wcześnie – miałem dwanaście lat. Mama sama mnie wychowała, pracowała na dwa etaty w szpitalu i powtarzała: „Pawełku, rodzina jest najważniejsza. Musisz być silny i odpowiedzialny.” Kiedy poznałem Anię na studiach w Krakowie, byłem pewien, że mama ją pokocha. Przecież była cicha, skromna, z małego miasteczka pod Tarnowem. Ale od początku coś zgrzytało.

Pamiętam dzień naszego ślubu. Mama płakała – nie ze szczęścia. „Za daleko mieszka jej rodzina. Jak będziesz jeździł do teściów? Kto ci pomoże przy dziecku?” – narzekała. Ania tylko ściskała mnie za rękę i szeptała: „Będzie dobrze, zobaczysz.”

Na początku było nawet spokojnie. Mama zamieszkała z nami po mojej operacji kolana i już została. „Kto ci ugotuje rosół lepszy niż ja?” – żartowała. Ale kiedy urodził się Michałek, wszystko się zmieniło.

Mama zaczęła rządzić domem jak generał. „Dziecko musi spać na brzuchu! Tak się zawsze robiło!” – krzyczała na Anię, gdy ta próbowała układać synka na plecach zgodnie z zaleceniami lekarza. „Nie będziesz mi tu Ameryki wprowadzać!”

Ania płakała nocami. Ja spałem spokojnie – przecież mama wie lepiej. Kiedy Michałek dostał gorączki po szczepieniu, mama obwiniła Anię: „To przez twoje wymysły! Gdybyś mnie słuchała…”

Pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem Anię siedzącą na podłodze w łazience. Trzymała głowę w dłoniach.

– „Paweł… ja już nie mogę. Ona mnie nienawidzi. Każdego dnia czuję się tu jak intruz… jak służąca. Nawet nie mogę zadzwonić do mamy bez jej komentarzy!”

– „Przesadzasz” – burknąłem, nawet na nią nie patrząc. – „Mama chce dobrze. Musisz się dostosować.”

Wtedy spojrzała na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu.

– „A ty? Ty też chcesz dobrze? Czy po prostu boisz się jej sprzeciwić?”

Nie odpowiedziałem.

Konflikty narastały. Mama coraz częściej wybuchała gniewem o drobiazgi: źle posprzątane mieszkanie, nie taki obiad, za krótka rozmowa z nią wieczorem. Ania zamykała się w sobie. Michałek zaczął się jąkać.

Wszystko pękło pewnej niedzieli. Przyszli goście – ciotka Basia z mężem i kuzynką Agatą. Mama rozkazała Ani zrobić obiad dla dziesięciu osób.

– „Nie dam rady sama!” – protestowała Ania.

– „Ja też jestem zmęczona! Ale jakoś muszę! Ty jesteś młoda!” – odparowała mama.

Goście siedzieli w salonie, a ja słyszałem tylko szloch Ani zza drzwi kuchni.

Po obiedzie mama zaczęła ją publicznie krytykować:

– „Widzicie? Nawet ziemniaków nie umie obrać porządnie! Co za czasy…”

Ania wybiegła do sypialni i zatrzasnęła drzwi. Ja zostałem z mamą i gośćmi – milczący, czerwony ze wstydu.

Wieczorem mama przyszła do mnie:

– „Musisz być twardy! Nie pozwól sobie wejść na głowę! Jak ona nie chce gotować i sprzątać, to niech wraca do siebie!”

Wtedy pierwszy raz poczułem gniew wobec mamy.

Ale nie powiedziałem nic.

Następnego dnia Ania spakowała walizkę.

– „Wyjeżdżam do mamy na kilka dni. Muszę odpocząć. Michałek zostaje ze mną.” – powiedziała cicho.

Mama wybuchła:

– „Jak śmiesz?! To mój wnuk! Nie pozwolę ci go zabrać! Paweł, powiedz coś!”

Patrzyłem tylko na podłogę.

Ania wyszła. Michałek tulił się do niej i płakał.

Przez pierwsze dni byłem pewien, że wróci. Mama powtarzała: „Zobaczysz, wróci na kolanach.” Ale minął tydzień, potem drugi… Cisza.

Zadzwoniłem do Ani:

– „Może wrócisz? Mama już się uspokoiła…”

– „Paweł… ja już nie chcę tak żyć. Próbowałam wszystkiego. Ty nigdy nie byłeś po mojej stronie.” – odpowiedziała chłodno.

Zacząłem rozumieć, że coś pękło na zawsze.

Mama chodziła po domu jak burza:

– „Wstyd na całą rodzinę! Co ludzie powiedzą?! Będziesz rozwodnikiem!”

Ciotki dzwoniły:

– „Pawełku, musisz ją przeprosić! Dziecko potrzebuje ojca!”

Ale ja czułem tylko pustkę i żal do samego siebie.

Pewnego wieczoru zadzwonił teść:

– „Paweł, Ania chce rozwodu. Michałek zostaje z nią. Możesz go widywać w weekendy.” – powiedział spokojnie.

Rozłączyłem się i rozpłakałem jak dziecko.

Mama przyszła do mnie:

– „Nie płacz! Kobiety są słabe! Ona wróci!”

Ale ja już wiedziałem, że to koniec.

Mijały tygodnie. W pracy byłem cieniem człowieka. Koledzy pytali: „Co się dzieje?” Nie miałem siły odpowiadać.

Któregoś dnia zobaczyłem na Facebooku zdjęcie Ani i Michałka na placu zabaw w Tarnowie. Uśmiechnięci, szczęśliwi… Beze mnie.

Po raz pierwszy odważyłem się powiedzieć mamie:

– „Mamo… to przez nas odeszła. Przez nas straciłem rodzinę.”

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem:

– „Co ty wygadujesz?! To ona była niewdzięczna!”

Ale ja już wiedziałem swoje.

Dziś mieszkam sam w tym samym mieszkaniu na Prokocimiu. Mama wyprowadziła się do siostry pod Bochnią – mówi wszystkim, że to ja ją wygnałem.

W weekendy jeżdżę do Tarnowa po Michałka. Jest coraz bardziej zamknięty w sobie. Ania rozkwitła – pracuje jako nauczycielka angielskiego i wygląda na szczęśliwą.

Czasem pytam siebie: czy naprawdę musiałem stracić wszystko, by zrozumieć, co znaczy rodzina? Czy można naprawić to, co się rozpadło przez własną ślepotę? Co wy byście zrobili na moim miejscu?