Dźwięk dzwonów o świcie i ślady miotły – Jestem synem zamiatacza ulic
– Znowu się spóźniłeś, Paweł! – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Zegar wskazywał 3:15, choć budzik dzwonił już o trzeciej. Kawa na stole była zimna, a pod oczami mamy ciemne podkówki. – Jeśli nie wyjdziesz teraz, znowu nie zdążysz na autobus! Będziesz musiał iść pieszo na bazę! – dodała, drżącą ręką nalewając sobie kolejną porcję kawy.
Nie odpowiedziałem. W gardle miałem gulę, w żołądku pustkę. Przekradałem się przez korytarz naszego bloku, by nie obudzić sąsiadów. Windy oczywiście znów nie było – schodziłem po schodach, a każdy krok skrzypiał na starym linoleum.
Miasto spało. Tylko kilku taksówkarzy i bezdomnych kręciło się po ulicach. Dłonie marzły mi na drewnianym trzonku miotły. Na przystanku już czekał pan Marian, stary zamiatacz. – No, Pawełku, dziś znów będzie walka! – mrugnął do mnie. – Wiesz, co zawsze mówił twój ojciec? „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!” – powiedział i ruszyliśmy razem w stronę bazy.
Ojciec nie żyje od czterech lat. Pewnego ranka nie wrócił z pracy. Zawał serca. Od tamtej pory wszystko spadło na mnie: mama coraz słabsza, siostra jeszcze dziecko. Nie chciałem rzucać szkoły, ale pieniądze były potrzebne. Zostałem zamiataczem ulic jak ojciec.
Na bazie śmierdziało i było zimno. Kierownik, pan Zbyszek, zawsze był opryskliwy: – Nie stać! Miotły w dłoń! – wrzeszczał na nas. Zakładaliśmy pomarańczowe kamizelki i szliśmy na Plac Grunwaldzki.
Musieliśmy zdążyć przed porannym ruchem. Między torami tramwajowymi zbierały się pety, puszki po piwie, resztki jedzenia. Czasem ktoś jeszcze spał na ławce po nocnej libacji. Pan Marian szeptał: – Nie patrz tam, Pawełku. Rób swoje! – Ja zamiatałem i w myślach powtarzałem materiał do sprawdzianu.
Po szkole biegłem do domu. Mama czekała w oknie. Często się kłóciliśmy: – Po co ci to wszystko? I tak nic z ciebie nie będzie! – rzuciła kiedyś z rozpaczą, gdy dowiedziała się, że złożyłem papiery na uniwersytet. – Lepiej byś porządnie pracował! – Ale ja nie chciałem całe życie być zamiataczem.
Na rodzinnych obiadach temat wracał jak bumerang. Wujek Andrzej, kiedyś kierowca autobusu, teraz na rencie: – Paweł! Życie to nie bajka! Tu każdy musi pracować! Nauka? Daj spokój! Jak będziesz miał pieniądze, to pogadamy! – Mama mu przytakiwała. Tylko siostra patrzyła na mnie wielkimi oczami: – Zabierzesz mnie kiedyś do Warszawy? – pytała cicho.
W szkole też nie było łatwo. Wszyscy wiedzieli, że jestem zamiataczem. Niektórzy drwili: – Ej, Paweł! Zostało ci trochę kurzu? – śmiał się Michał, klasowy cwaniak. Inni mnie unikali. Tylko Magda była dla mnie miła: – Nie przejmuj się nimi! Ty przynajmniej wiesz, co to życie! – powiedziała kiedyś na przerwie.
Pewnego dnia pisaliśmy wypracowanie z polskiego. Byłem wykończony, ledwo trzymałem oczy otwarte. A jednak dostałem piątkę. Nauczycielka poprosiła mnie po lekcji: – Paweł, masz talent! Czemu nie spróbujesz stypendium? – zapytała z uśmiechem.
W domu powiedziałem o tym mamie. Najpierw wzruszyła ramionami: – E tam! Kogo to obchodzi? I tak cię nie przyjmą! Ale kiedy przyszło pismo z UW, że dostałem stypendium na polonistykę, mama rozpłakała się.
– Jak ty sobie poradzisz? Jak my przeżyjemy bez ciebie? Kto nas utrzyma? – pytała zrozpaczona.
– Będę dalej pracował rano – odpowiedziałem cicho – ale chcę też studiować.
Pierwsze dni na uczelni były koszmarem. Siedziałem na wykładach w pomarańczowej kamizelce, bo nie miałem innej kurtki. Ludzie szeptali za moimi plecami: – Kto to jest? Co tu robi zamiatacz ulic? Ktoś rzucił głośno: – Tu nie uczą się dzieci sprzątaczek!
Wróciłem do domu i płakałem. Mama tylko powiedziała: – Nie przejmuj się nimi. Twój ojciec też by tak zrobił.
Pewnego wieczoru zadzwoniła Magda: – Paweł, nie poddawaj się! Przyjdź do nas pouczyć się razem! Mama robi naleśniki! Poszedłem do nich. Ich dom był inny: ciepły, pełen śmiechu i miłości. Zazdrościłem im.
Lata mijały. Rano pracowałem, w dzień studiowałem. Czasem zasypiałem na wykładzie. Raz profesor podszedł do mnie w przerwie:
– Dlaczego pan jest zawsze taki zmęczony?
Opowiedziałem mu wszystko: śmierć ojca, chorobę mamy i poranne sprzątanie.
Profesor tylko skinął głową: – Chylę przed panem czoła! Jeśli będzie pan potrzebował pomocy, proszę mówić!
W ostatnim roku mama była coraz słabsza. Coraz częściej musiałem być w domu. Stypendium ledwo starczało na wszystko. Siostra też zachorowała; zapalenie płuc zabrało ją do szpitala.
Pewnego wieczoru pokłóciłem się z mamą:
– Czemu nie rzucisz tego wszystkiego? Czemu nie jesteś więcej z nami?
– Bo jeśli teraz się poddam, nigdy nie będzie nam lepiej! Nie chcę, żeby siostra dorastała w tym samym co ja!
Mama płakała. Ja też płakałem.
Na ostatnim egzaminie oblałem. Załamałem się. Chciałem rzucić wszystko.
To Magda mnie znalazła:
– Paweł! Teraz nie możesz się poddać! Pomyśl o ojcu! Pomyśl o nas!
Spróbowałem jeszcze raz podejść do egzaminu. Udało się.
Na rozdaniu dyplomów mama siedziała z tyłu na wózku inwalidzkim. Siostra płakała ze szczęścia obok mnie.
Wywołali moje imię: „Paweł Nowak” – odebrałem dyplom.
W drodze do domu mama ścisnęła moją dłoń:
– Jestem z ciebie dumna!
Dziś jestem nauczycielem polskiego w warszawskim liceum. Czasem rano nadal czuję chłód drewnianego trzonka miotły w dłoni.
Ale wiem: każdy dzień to nowa szansa.
Często zastanawiam się: ilu ludzi w Polsce żyje dziś tak jak ja kiedyś? Ilu wstaje o świcie z nadzieją na lepsze jutro? Jak myślicie: czy naprawdę wystarczy tylko upór i ciężka praca? A może potrzeba czegoś więcej?