Każde lato u nas: Gdy twój dom staje się cudzy

– Marta, czy mogłabyś nie zostawiać tych butów w przedpokoju? – głos Teresy rozbrzmiał w moich uszach jak dzwon alarmowy. Stałam w kuchni, z rękami mokrymi od zmywania naczyń, i przez chwilę miałam ochotę rzucić talerzem o podłogę.

To był pierwszy dzień lipca. Słońce prażyło przez okno, a ja czułam, jak narasta we mnie napięcie. Teresa, moja teściowa, przyjechała do nas „na kilka tygodni”, jak co roku. Ale od kiedy z Pawłem kupiliśmy dom pod Warszawą, te tygodnie zamieniały się w całe lato. I za każdym razem miałam wrażenie, że to nie ja tu mieszkam, tylko ona.

– Przepraszam – odpowiedziałam cicho, choć w środku wrzałam. – Zaraz je przestawię.

Usłyszałam westchnienie. Teresa weszła do kuchni, poprawiając fartuch. – Wiesz, u mnie w domu zawsze był porządek. Twoja mama cię tego nie nauczyła?

Zacisnęłam zęby. Nie chciałam kłótni. Paweł siedział w salonie, udając, że czyta gazetę. Wiedziałam, że słyszy wszystko, ale jak zwykle nie zamierzał się wtrącać.

Wieczorem usiedliśmy na tarasie. Paweł nalewał mi wino, patrząc gdzieś w dal.

– Może byś coś powiedział swojej mamie? – zaczęłam ostrożnie.

Westchnął ciężko. – Marta, ona jest już starsza. Lubi tu być. Poza tym pomaga nam przecież…

– Pomaga? – przerwałam mu. – Przez nią czuję się jak intruz we własnym domu! Wszystko musi być po jej myśli. Nawet dzieci boją się odezwać!

Paweł spuścił wzrok. – Nie chcę jej ranić.

Wtedy poczułam się naprawdę samotna.

***

Każdy dzień wyglądał podobnie. Teresa budziła się pierwsza i już o szóstej rano krzątała się po kuchni. Kawa musiała być taka jak ona lubi – mocna i gorzka. Śniadanie – jajecznica na boczku, choć ja i dzieci wolimy owsiankę. Gdy próbowałam zrobić po swojemu, słyszałam tylko:

– U nas w rodzinie zawsze jadło się porządnie!

Dzieci – Zosia i Kuba – patrzyły na mnie pytająco. Czułam ich niepokój. Zosia raz zapytała:

– Mamo, kiedy babcia wróci do siebie?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Wieczorami Teresa siadała przed telewizorem i komentowała wszystko: od polityki po mój sposób prasowania koszul Pawła.

– Marta, powinnaś bardziej dbać o męża. On ciężko pracuje.

Czułam się coraz bardziej niewidzialna.

***

Pewnego dnia zadzwoniła moja mama.

– Martuś, jak tam u was?

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się do słuchawki.

– Mamo, ja już nie mogę… Ona mnie wykańcza! Paweł nic nie mówi…

Mama milczała przez chwilę.

– Kochanie, musisz postawić granice. To twój dom.

Ale jak? Jak powiedzieć „dość” kobiecie, która uważa, że wszystko robi dla dobra rodziny?

***

W sobotę Teresa zaprosiła swoje koleżanki z dawnej pracy na kawę do naszego ogrodu. Bez pytania mnie o zgodę.

– Marta, upieczesz sernik? – rzuciła rano.

– Nie mam czasu – odpowiedziałam twardo. – Muszę zawieźć dzieci na zajęcia.

Spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Kiedyś kobiety potrafiły wszystko pogodzić…

Wróciłam do domu późnym popołudniem. W kuchni panował bałagan po spotkaniu. Sernik jednak był – Teresa upiekła go sama i zebrała pochwały od koleżanek.

Wieczorem Paweł próbował mnie pocieszyć.

– Przecież to tylko kilka tygodni…

– A potem kolejne lato i kolejne! – wybuchłam. – Czy ty naprawdę nie widzisz, co się dzieje?

Spojrzał na mnie bezradnie.

***

W niedzielę doszło do wybuchu. Zosia rozlała sok na nowy obrus Teresy.

– No pięknie! – krzyknęła teściowa. – U mnie w domu dzieci były grzeczne!

Zosia rozpłakała się i uciekła do swojego pokoju. Wtedy coś we mnie pękło.

– Dość! – powiedziałam głośno. – To jest nasz dom i nasze zasady!

Teresa spojrzała na mnie zszokowana.

– Marta…

– Nie! Od dziś proszę szanować nasze zwyczaje. Jeśli coś się nie podoba…

Paweł patrzył na mnie z przerażeniem.

Teściowa wyszła z kuchni bez słowa.

***

Przez dwa dni panowała cisza. Teresa nie odzywała się do mnie ani słowem. Paweł chodził spięty jak struna.

Wieczorem usiadłam z nim przy stole.

– Paweł, musisz wybrać: albo będziemy rodziną z własnymi zasadami, albo zawsze będziemy żyć pod dyktando twojej mamy.

Spojrzał na mnie długo.

– Nie chcę cię stracić…

– Ale już mnie tracisz – wyszeptałam.

***

Następnego dnia Paweł porozmawiał z matką. Słyszałam ich ciche głosy za zamkniętymi drzwiami. Potem Teresa przyszła do mnie do kuchni.

– Marta… Może rzeczywiście trochę przesadziłam… Ale ja tylko chciałam pomóc…

Patrzyłam na nią długo.

– Chcemy być rodziną, ale potrzebujemy własnej przestrzeni.

Teresa pokiwała głową ze smutkiem.

Tydzień później wyjechała do siebie.

***

Minęło kilka miesięcy. Latem Teresa znów zadzwoniła:

– Czy mogę przyjechać na kilka dni?

Tym razem ustaliliśmy zasady razem z Pawłem i dziećmi. Było trudno, ale nauczyliśmy się rozmawiać o granicach i szacunku.

Czasem zastanawiam się: czy można kochać rodzinę i jednocześnie bronić własnego szczęścia? Czy odwaga do postawienia granic to egoizm czy troska o siebie?