Kiedy tata odszedł – trzydzieści lat później wrócił. Historia Michała
– Michał, czy ty mnie słyszysz? – głos matki drżał, jakby zaraz miała się rozpłakać. Stałem w kuchni, z telefonem przy uchu, patrząc przez okno na szare, warszawskie niebo. Był piątek, godzina 19:00, a ja właśnie zamierzałem otworzyć butelkę drogiego wina i odpocząć po kolejnym tygodniu w korporacji. Zamiast tego usłyszałem słowa, które przewróciły mój świat do góry nogami.
– Michał… twój ojciec wrócił. Przyszedł dziś do mnie. Chciałby się z tobą zobaczyć.
Przez chwilę nie mogłem oddychać. Ojciec? Ten sam, który trzydzieści lat temu wyszedł z domu i nigdy nie wrócił? Ten sam, którego twarz pamiętałem tylko z wyblakłych zdjęć i kilku urwanych wspomnień? Miałem osiem lat, kiedy spakował walizkę i wyszedł, zostawiając mnie i mamę samych. Przez lata próbowałem zrozumieć dlaczego. Przez lata nienawidziłem go za to, co zrobił.
– Michał? Jesteś tam?
– Tak… Jestem. – Głos mi się załamał.
– On… on bardzo się zmienił. Wygląda staro, jest chory. Powiedział, że żałuje wszystkiego.
Nie odpowiedziałem. W głowie miałem mętlik. Przez trzydzieści lat budowałem swoje życie bez niego. Skończyłem studia na SGH, dostałem się do jednej z największych firm w Polsce, piąłem się po szczeblach kariery aż do stanowiska dyrektora. Miałem wszystko: luksusowe samochody, apartament na Mokotowie, pieniądze. Ale w środku zawsze była pustka – dziura po ojcu.
Następnego dnia spotkałem się z mamą w jej małym mieszkaniu na Ursynowie. Siedziała przy stole, nerwowo obracając filiżankę z herbatą.
– Michał, on naprawdę chce cię zobaczyć. Prosił mnie o to kilka razy.
– Po co? – wybuchłem. – Po co teraz? Po tylu latach? Myślisz, że wystarczy przyjść i powiedzieć „przepraszam”, żeby wszystko naprawić?
Mama spuściła wzrok.
– On jest twoim ojcem…
– Był moim ojcem. Teraz jest dla mnie obcym człowiekiem.
Wyszedłem trzaskając drzwiami. Całą noc nie mogłem spać. W głowie przewijały mi się obrazy z dzieciństwa: jak czekałem na niego z piłką pod blokiem; jak mama płakała po nocach; jak obiecywała mi, że wszystko będzie dobrze, choć sama w to nie wierzyła.
W poniedziałek rano w pracy byłem rozkojarzony. Koleżanka z działu HR zapytała:
– Wszystko w porządku?
– Tak… – skłamałem.
Ale nie było w porządku. Czułem się jak dziecko, które znów zostało samo.
Wieczorem zadzwoniła mama:
– Michał, on jest w szpitalu na Banacha. Ma raka. Lekarze mówią, że zostało mu niewiele czasu.
Zamarłem. Nagle poczułem coś dziwnego – nie gniew, nie nienawiść, ale… żal? Strach? Że jeśli go nie zobaczę teraz, już nigdy nie będę miał okazji zapytać „dlaczego?”.
Pojechałem do szpitala. Korytarz pachniał środkami dezynfekującymi i rozpaczą. Znalazłem salę numer 12. Leżał tam – starszy, wychudzony mężczyzna z siwą brodą i oczami tak znajomymi, że aż zabolało.
– Michał… – wyszeptał.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Stałem jak sparaliżowany.
– Przepraszam… – zaczął płakać. – Wiem, że nie zasługuję na twoje przebaczenie. Byłem tchórzem. Zostawiłem was… bo byłem słaby. Myślałem, że znajdę szczęście gdzie indziej… ale nigdy go nie znalazłem.
Patrzyłem na niego i czułem narastającą złość.
– A my? My nie byliśmy wystarczający? Mama płakała przez ciebie całe lata! Ja… ja musiałem być dorosły zanim nauczyłem się być dzieckiem!
Ojciec spuścił wzrok.
– Wiem… Nie proszę cię o wybaczenie. Chciałem tylko cię zobaczyć… powiedzieć ci prawdę.
Usiadłem na krześle obok łóżka. Przez godzinę milczeliśmy. Potem zaczął opowiadać: o tym, jak poznał inną kobietę; jak próbował zacząć nowe życie; jak wszystko się rozpadło; jak przez lata śledził moje sukcesy w gazetach i internecie; jak bał się odezwać.
Słuchałem go i czułem coraz większy smutek zamiast gniewu. Zrozumiałem, że był tylko człowiekiem – słabym, zagubionym człowiekiem.
Przez kolejne tygodnie odwiedzałem go regularnie. Rozmawialiśmy o wszystkim: o dzieciństwie, o mojej pracy, o tym, co straciliśmy. Mama przyszła raz – usiedliśmy razem przy jego łóżku i płakaliśmy wszyscy troje.
Kiedy umarł, poczułem ulgę i ból jednocześnie. Ulgę, bo zamknąłem pewien rozdział; ból, bo już nigdy nie będę miał szansy zapytać go o wszystko.
Dziś mam 38 lat i nadal jestem dyrektorem w dużej firmie. Mam pieniądze i sukcesy… ale wiem już, że żaden awans ani nowy samochód nie wypełni pustki po rodzinnych ranach.
Czasem patrzę w lustro i zastanawiam się: czy potrafiłbym wybaczyć sobie własne błędy tak łatwo, jak próbowałem wybaczyć jemu? Czy naprawdę można naprawić to, co zostało złamane trzydzieści lat temu?
A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś taką zdradę? Czy warto próbować odbudować coś, co dawno runęło?