Mama zadzwoniła: „Będziemy mieli gości!” – Tym razem postanowiłam zrobić coś inaczej…

– Aniu, będziemy mieli gości! – głos mamy rozbrzmiał w słuchawce z tą samą nutą ekscytacji i niepokoju, którą pamiętałam z dzieciństwa. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Stałam w kuchni mojego mieszkania w Warszawie, patrząc przez okno na szare, kwietniowe niebo. W jednej chwili wróciły do mnie wszystkie te wieczory na wsi, kiedy siedziałam przy stole, czując się jak intruz we własnym domu.

– Kto przyjeżdża? – zapytałam cicho, choć odpowiedź była mi właściwie obojętna. Goście zawsze byli tacy sami: ciotka Zosia z wiecznym narzekaniem na zdrowie, wujek Marek z ironicznymi uwagami o mojej pracy w mieście, kuzynka Ola, która zawsze musiała być najlepsza. I mama, krzątająca się nerwowo między kuchnią a pokojem, próbująca udowodnić wszystkim – a najbardziej sobie – że jest dobrą gospodynią i matką.

– Zosia z Markiem i Olą. Wiesz… jak zawsze. Ale tym razem chciałabym, żebyś przyjechała wcześniej. Pomogłabyś mi trochę…

Zacisnęłam powieki. W głowie usłyszałam głos taty: „Nie przejmuj się nimi, Aniu. Ty jesteś inna.” Ale tata odszedł pięć lat temu i od tamtej pory wszystko było jeszcze trudniejsze. Mama zamknęła się w sobie, a ja coraz rzadziej wracałam do domu. Każda wizyta była jak powrót do miejsca, gdzie nigdy nie czułam się bezpieczna.

– Dobrze, przyjadę w piątek po pracy – odpowiedziałam mechanicznie.

Odkładając słuchawkę, poczułam znajome ukłucie w żołądku. Zawsze byłam tą „inną” – tą, która nie chciała zostać na wsi, która wyjechała do miasta na studia i została tam na stałe. Tą, która nie umiała piec szarlotki według przepisu babci i nie rozumiała żartów o sąsiadach. Tą, która nie miała męża ani dzieci.

W piątek wieczorem wysiadłam z autobusu na przystanku pod lasem. Wieś pachniała wilgotną ziemią i dymem z kominów. Dom mamy stał na końcu drogi – ten sam od zawsze, choć wydawał się coraz mniejszy i bardziej obcy. Mama czekała na ganku, owinięta w sweter taty.

– Dobrze, że jesteś – powiedziała bez uśmiechu. – Pomóż mi z ciastem.

W kuchni panował chaos: mąka na blacie, jajka rozbite w misce, radio grające cicho stare przeboje. Mama krzątała się nerwowo, co chwilę poprawiając włosy.

– Mamo…

– Co?

– Może usiądziemy na chwilę? Pogadamy?

Spojrzała na mnie zaskoczona. Przez moment wydawało mi się, że zobaczyłam w jej oczach strach.

– Nie teraz, Aniu. Muszę wszystko przygotować.

Zacisnęłam pięści pod stołem. Zawsze tak było – rozmowy odkładane na później, uczucia schowane pod warstwą obowiązków i przepisów kulinarnych.

Goście przyjechali następnego dnia po południu. Dom natychmiast wypełnił się hałasem: śmiechem Oli, głośnym głosem Marka, narzekaniami Zosi. Siedziałam przy stole jak widz na własnym spektaklu.

– No i co tam w tej Warszawie? – zapytał Marek z przekąsem. – Pewnie kawki i spotkania ze znajomymi?

– Pracuję dużo – odpowiedziałam spokojnie.

– Ale co to za życie bez rodziny? – dorzuciła Zosia. – Tyle lat już sama…

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Mama patrzyła na mnie błagalnie – jakby prosiła, żebym nie robiła sceny.

– Może wystarczy już tych pytań? – powiedziałam cicho.

Zapadła cisza. Ola spojrzała na mnie z wyższością.

– Nie musisz być taka drażliwa – rzuciła.

Wyszłam do ogrodu. Powietrze było chłodne i wilgotne. Usiadłam na ławce pod jabłonią i pozwoliłam łzom płynąć po policzkach. Dlaczego zawsze muszę udawać kogoś innego? Dlaczego nie mogę być po prostu sobą?

Po chwili usłyszałam kroki. Mama usiadła obok mnie.

– Aniu… Przepraszam ich za te pytania. Oni nie rozumieją…

– A ty rozumiesz? – zapytałam szeptem.

Milczała długo.

– Chciałabym… Ale czasem sama nie wiem, kim jesteś naprawdę. Tak rzadko rozmawiamy.

Spojrzałam na nią przez łzy.

– Boję się tu wracać, mamo. Boję się tych spotkań. Zawsze czuję się tu obca.

Mama objęła mnie nieporadnie.

– Ja też się boję. Że cię stracę całkiem…

Siedziałyśmy tak długo w ciszy. Po raz pierwszy od lat poczułam, że coś się zmienia.

Wieczorem wróciłyśmy do domu razem. Goście już wyjechali; zostały tylko brudne talerze i zapach ciasta w powietrzu.

– Może zostaniesz jeszcze jeden dzień? – zapytała mama nieśmiało.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

– Zostanę.

Tej nocy długo rozmawiałyśmy o tacie, o dzieciństwie, o moich lękach i jej samotności. Po raz pierwszy naprawdę siebie słuchałyśmy.

Czasem trzeba wrócić do miejsca bólu, żeby odnaleźć siebie na nowo. Czy można pokochać dom, który przez lata był źródłem cierpienia? Czy można przebaczyć rodzinie i sobie samemu?