Mamo, daliśmy ci pieniądze: dlaczego dzieci nie były nakarmione? Odkrycie, jak moja mama karmi swoje wnuki
— Mamo, dlaczego dzieci znowu jedzą tylko chleb z masłem? — zapytałam, patrząc na moją mamę, która stała przy kuchennym blacie, krojąc czerstwy bochenek. W powietrzu unosił się zapach starego chleba i margaryny, a w mojej głowie kłębiły się pytania, na które nie chciałam znać odpowiedzi.
To był kolejny dzień naszego pobytu na działce, którą tata kupił jeszcze za życia. Po jego śmierci to miejsce stało się dla nas azylem, ucieczką od codzienności, a jednocześnie miejscem, gdzie rodzina mogła być razem. Mama została tu na stałe, a my — ja, mój brat Tomek i nasze dzieci — przyjeżdżaliśmy na wakacje. Zawsze powtarzała, że wnuki są dla niej najważniejsze, że zrobi dla nich wszystko. Dlatego, kiedy zaproponowała, że zajmie się dziećmi podczas naszego pobytu, a my przekazaliśmy jej pieniądze na wyżywienie, nie miałam żadnych wątpliwości.
Ale teraz, patrząc na chude ramiona mojej córki Zosi i smutne oczy syna Jasia, zaczęłam się zastanawiać, co poszło nie tak. — Mamo, przecież daliśmy ci pieniądze. Miało być mleko, owoce, warzywa. Miały być obiady, a nie tylko kanapki — powiedziałam ciszej, żeby dzieci nie słyszały. Mama spojrzała na mnie z wyrzutem, jakby to ja zrobiła coś złego.
— Myślisz, że nie wiem, co robię? — odpowiedziała ostro. — Wszystko jest drogie, a ty nie masz pojęcia, ile kosztuje utrzymanie tego domu. Prąd, woda, gaz… To wszystko kosztuje! — Jej głos drżał, a w oczach pojawiły się łzy. — Poza tym dzieci nie narzekają. Zosia mówiła, że lubi chleb z masłem.
— Mamo, to nie jest kwestia lubienia. To jest kwestia zdrowia. Dzieci potrzebują normalnych posiłków. — Czułam, jak narasta we mnie złość, ale i bezradność. Przecież nie chciałam jej ranić, ale nie mogłam udawać, że wszystko jest w porządku.
Tomek wszedł do kuchni, słysząc naszą rozmowę. — Co się dzieje? — zapytał, patrząc na mnie i mamę. — Znowu się kłócicie?
— To nie jest kłótnia — odpowiedziałam, próbując opanować emocje. — Po prostu chcę wiedzieć, na co poszły pieniądze, które daliśmy mamie na jedzenie dla dzieci.
Mama odwróciła się do okna, jakby chciała uciec od naszej rozmowy. — Nie rozumiecie, ile to wszystko kosztuje. Poza tym, musiałam zapłacić za naprawę dachu. Gdyby nie to, przeciekałoby do środka. A przecież to wasz dom, wasza działka. Robię to dla was.
— Ale to nie były pieniądze na dach, tylko na jedzenie dla dzieci! — Tomek podniósł głos, co rzadko mu się zdarzało. — Mamo, nie możesz tak robić. Dzieci są najważniejsze.
W kuchni zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara i cichy szloch mamy. Zosia i Jaś stali w drzwiach, patrząc na nas z niepokojem. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę musiało do tego dojść?
Po południu usiadłam z mamą na werandzie. Słońce powoli zachodziło, a powietrze pachniało trawą i dymem z ogniska. — Mamo, nie chcę się z tobą kłócić. Ale musisz zrozumieć, że dzieci są dla mnie najważniejsze. Jeśli nie masz pieniędzy, powiedz mi o tym. Pomogę ci. Ale nie możesz oszczędzać na ich zdrowiu.
Mama długo milczała. W końcu westchnęła ciężko. — Wiem, że powinnam była ci powiedzieć. Ale bałam się, że pomyślisz, że sobie nie radzę. Po śmierci taty wszystko jest na mojej głowie. Chciałam udowodnić, że dam radę. Ale chyba nie potrafię.
Objęłam ją, czując, jak drży. — Mamo, nie musisz niczego udowadniać. Jesteśmy rodziną. Możemy sobie pomagać. Ale musimy być wobec siebie szczerzy.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiedliśmy z Tomkiem i mamą przy stole. Rozłożyliśmy rachunki, policzyliśmy wydatki. Okazało się, że większość pieniędzy rzeczywiście poszła na naprawy domu, rachunki i drobne zakupy. Na jedzenie zostało niewiele. — Musimy ustalić zasady — powiedział Tomek. — Każdy z nas będzie się dokładał do utrzymania domu osobno, a na jedzenie dla dzieci będziemy przekazywać osobne pieniądze. I będziemy to kontrolować.
Mama skinęła głową, choć widziałam, że jest jej przykro. Ale wiedziałam, że to jedyne wyjście. Nie mogłam pozwolić, żeby dzieci cierpiały przez nasze błędy.
Następnego dnia pojechałam z mamą na zakupy. Kupiliśmy mleko, jogurty, owoce, warzywa, mięso. Mama była cicha, zamyślona. — Przepraszam, że cię zawiodłam — powiedziała w końcu, pakując zakupy do bagażnika. — Chciałam dobrze, ale wyszło jak zawsze.
— Mamo, każdy popełnia błędy. Najważniejsze, żeby je naprawić — odpowiedziałam, ściskając jej dłoń. — Dzieci ci wybaczą. Ja też.
Wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy ognisku, patrzyłam na moją rodzinę. Zosia i Jaś śmiali się, jedząc pieczone ziemniaki. Mama uśmiechała się nieśmiało, jakby bała się, że zaraz wszystko się popsuje. Ale wiedziałam, że tym razem będzie inaczej.
Czasem zastanawiam się, dlaczego tak trudno nam rozmawiać o pieniądzach i problemach. Czy naprawdę musimy czekać, aż coś się popsuje, żeby zacząć być wobec siebie szczerzy? Może gdybyśmy wcześniej powiedzieli sobie, co nas boli, uniknęlibyśmy tylu łez. Czy w każdej rodzinie musi być tak trudno, żeby nauczyć się ufać i pomagać sobie nawzajem?