„Masz miesiąc, żeby się wyprowadzić!” – Historia synowej między oczekiwaniami rodziny a własnymi marzeniami
– Masz miesiąc, żeby się wyprowadzić! – głos Barbary, mojej teściowej, rozbrzmiał w kuchni jak wyrok. Stałam przy zlewie, z mokrymi rękami, a woda kapała na podłogę, kiedy próbowałam zrozumieć, czy dobrze usłyszałam. Spojrzałam na męża, Pawła, który siedział przy stole z opuszczoną głową, jakby nagle bardzo zainteresował się wzorem na obrusie. W powietrzu wisiała cisza, gęsta od niewypowiedzianych słów i stłumionych emocji.
– Słyszałaś, co powiedziałam, Magdo? – Barbara nie zamierzała powtarzać się drugi raz. Jej ton był chłodny, stanowczy, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. – To nie jest miejsce dla ciebie. Zrobiłaś już wystarczająco dużo zamieszania.
Poczułam, jak serce wali mi w piersi. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć, rzucić czymś, uciec. Ale stałam tylko, wpatrując się w Pawła, czekając na jakąkolwiek reakcję. On jednak milczał. Zawsze milczał, kiedy chodziło o jego matkę. Wtedy zrozumiałam, że jestem sama.
Kiedy przeprowadziliśmy się do domu Barbary po ślubie, myślałam, że to tylko na chwilę. Paweł przekonywał mnie, że tak będzie łatwiej – oszczędzimy na wynajmie, będziemy mogli szybciej odłożyć na własne mieszkanie. Barbara była wtedy miła, częstowała mnie herbatą, opowiadała o rodzinnych tradycjach, pokazywała zdjęcia z dzieciństwa Pawła. Czułam się trochę jak intruz, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Chciałam wierzyć, że z czasem się dogadamy.
Ale z każdym tygodniem było coraz trudniej. Barbara miała swoje zasady, których nie wolno było łamać. Obiad zawsze o trzynastej, pranie w środy, zakupy w soboty. Jeśli coś zrobiłam inaczej, patrzyła na mnie z dezaprobatą. – U nas w domu robi się to inaczej – powtarzała. Paweł nigdy nie stawał po mojej stronie. – Daj spokój, Magda, to tylko mama – mówił, jakby to wszystko było drobiazgiem.
Najgorzej było, kiedy zaczęłam mówić o pracy. Skończyłam studia, chciałam się rozwijać, marzyłam o własnym biznesie. Barbara nie rozumiała, po co mi to wszystko. – Kobieta powinna dbać o dom, a nie gonić za karierą – rzucała z przekąsem. Paweł wzruszał ramionami. – Może mama ma rację, po co ci te nerwy? – pytał. Czułam się coraz bardziej osaczona, jakbym powoli traciła siebie.
Aż w końcu przyszedł ten dzień. Barbara znalazła w mojej torebce wizytówkę z agencji nieruchomości. Chciałam tylko zorientować się w cenach mieszkań, marzyłam o własnym kącie, gdzie mogłabym być sobą. Dla Barbary to był dowód zdrady. – Chcesz odebrać mi syna? – krzyczała. – Po moim trupie! – Paweł nie powiedział nic. Tylko patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym zrobiła coś strasznego.
Od tamtej pory atmosfera w domu była nie do zniesienia. Barbara przestała ze mną rozmawiać, Paweł coraz częściej wychodził z kolegami. Czułam się jak cień, jak nieproszony gość. Przestałam jeść, przestałam spać. Każdego dnia powtarzałam sobie, że muszę wytrzymać jeszcze trochę, że może coś się zmieni. Ale nic się nie zmieniało.
Aż do dzisiaj. – Masz miesiąc, żeby się wyprowadzić! – powtórzyła Barbara, jakby chciała mieć pewność, że zrozumiałam. – I nie licz na to, że Paweł pójdzie z tobą. On zostaje tutaj, z rodziną.
Wyszłam z kuchni, trzaskając drzwiami. W łazience rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się zdradzona, upokorzona, jakby ktoś wyrwał mi serce. Przez łzy zadzwoniłam do mojej mamy. – Mamo, nie wiem, co robić – szlochałam. – Magda, wracaj do domu. Tu zawsze będziesz mile widziana – usłyszałam w słuchawce. Ale ja nie chciałam wracać. Chciałam mieć własne życie, własny dom, własne marzenia.
Wieczorem Paweł przyszedł do pokoju. – Może rzeczywiście powinnaś się wyprowadzić – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy. – Mama się denerwuje, a ja nie chcę, żeby było jej przykro. – A co ze mną? – zapytałam. – A co z nami? – Paweł wzruszył ramionami. – Nie wiem, Magda. Może tak będzie lepiej.
Tej nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o wszystkim, co nas łączyło. O pierwszych randkach, o ślubie, o wspólnych planach. O tym, jak bardzo się zmienił, odkąd wróciliśmy do jego rodzinnego domu. Czy naprawdę tak trudno jest być po stronie żony? Czy zawsze musi wybierać matkę?
Następnego dnia zaczęłam pakować rzeczy. Każda książka, każda bluzka, każdy drobiazg przypominał mi o tym, jak bardzo chciałam tu być szczęśliwa. Barbara obserwowała mnie z satysfakcją, jakby wygrała jakąś wojnę. Paweł unikał mnie, zamykał się w swoim pokoju. Czułam się jak powietrze, jak ktoś, kogo nikt nie zauważa.
Przez kolejne dni szukałam mieszkania. Dzwoniłam, oglądałam, rozmawiałam z agentami. Wszędzie było drogo, wszędzie daleko od pracy. Ale nie chciałam się poddać. Wiedziałam, że muszę zacząć od nowa, nawet jeśli to będzie trudne. Moja mama dzwoniła codziennie, pytała, czy nie chcę wrócić. Ale ja już nie byłam tą samą Magdą, co kiedyś. Teraz wiedziałam, że muszę walczyć o siebie.
Ostatniego dnia, kiedy wynosiłam walizki do samochodu, Paweł wyszedł na ganek. – Może jeszcze zmienisz zdanie? – zapytał niepewnie. – Może moglibyśmy spróbować jeszcze raz? – Spojrzałam na niego i poczułam, że już nie chcę. Że nie mogę żyć w cieniu jego matki, w cieniu cudzych oczekiwań. – Paweł, ja już wybrałam. Wybieram siebie – powiedziałam cicho.
Odjechałam z poczuciem ulgi i strachu. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Ale pierwszy raz od dawna czułam, że żyję. Że mam prawo do własnych marzeń, do własnego szczęścia. Czy to naprawdę tak wiele? Czy każda kobieta w Polsce musi wybierać między rodziną a sobą? Może kiedyś nauczymy się być szczęśliwi na własnych zasadach.