Między matką a miłością: Dziennik Weroniki
„Dlaczego twoja mama mnie nie lubi? Przecież nic złego jej nie zrobiłam!” – zapytałam Marka, patrząc na niego przez kuchenny stół, na którym wciąż parowała herbata. W jego oczach zobaczyłam zmieszanie, jakby sam nie znał odpowiedzi albo nie chciał jej wypowiedzieć na głos. W tym momencie drzwi do kuchni otworzyły się z impetem i weszła jego matka, Danuta Kazimierzowa, w swoim znoszonym szlafroku i z miną, która nie wróżyła niczego dobrego.
„Marek, dokąd tak pędzisz? Zjedz spokojnie śniadanie” – powiedziała ostrym tonem, nawet na mnie nie patrząc. Marek spuścił wzrok i zaczął szybko jeść kanapkę, jakby chciał się zapaść pod ziemię. Ja siedziałam cicho, czując jak narasta we mnie napięcie. To nie był pierwszy raz, kiedy czułam się w tym domu jak intruz. Każde moje słowo wydawało się być oceniane, każdy gest – analizowany. Nawet sposób, w jaki kroiłam chleb, był dla niej powodem do krytyki.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy Marek zaprosił mnie do swojego domu w Radomiu. Byłam wtedy pełna nadziei i ekscytacji – chciałam zrobić dobre wrażenie. Przyniosłam ciasto własnego wypieku i bukiet tulipanów. Danuta przyjęła mnie chłodno, rzucając tylko krótkie „dzień dobry” i od razu zaczęła narzekać na pogodę. Przez cały wieczór zadawała mi pytania, które bardziej przypominały przesłuchanie niż rozmowę: „A czym zajmują się twoi rodzice? Ile zarabiasz? Czy masz stałą pracę?” Czułam się naga pod jej spojrzeniem.
Z czasem było tylko gorzej. Każda moja wizyta kończyła się jakąś uwagą: „Weroniko, może następnym razem załóż coś bardziej eleganckiego”, „Nie używaj tyle soli do zupy”, „Marek lubi inną kawę”. Czułam się coraz mniejsza, coraz mniej pewna siebie. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych, tłumacząc się pracą albo bólem głowy. Marek próbował mnie pocieszać: „Ona taka już jest, nie przejmuj się”, ale ja widziałam, że jemu też jest trudno.
Najgorsze były święta. W Wigilię usiadłam przy stole obok Marka, a naprzeciwko mnie Danuta. Przez całą kolację rzucała mi krótkie spojrzenia i komentowała wszystko, co robiłam: „Nie tak się łamie opłatek”, „Nie tak się śpiewa kolędy”. W pewnym momencie nie wytrzymałam i wyszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i rozpłakałam się jak dziecko. Wtedy usłyszałam ciche pukanie – to była młodsza siostra Marka, Ola. „Nie przejmuj się mamą”, powiedziała szeptem. „Ona zawsze taka była. Nawet tata miał z nią ciężko.”
Zaczęłam prowadzić dziennik. Pisałam w nim wszystko – swoje lęki, rozczarowania, złość na Marka za to, że nie potrafi postawić się matce. Pisałam o tym, jak bardzo chciałabym być zaakceptowana, jak bardzo boli mnie to odrzucenie. Czasem miałam ochotę krzyczeć: „Co jeszcze mam zrobić?!”
Pewnego dnia postanowiłam porozmawiać z Danutą w cztery oczy. Przygotowałam się do tej rozmowy jak do egzaminu – przemyślałam każde słowo. Kiedy Marek wyszedł do pracy, zaparzyłam herbatę i usiadłam naprzeciwko niej w kuchni.
– Pani Danuto… Czy mogę o coś zapytać?
Spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Słucham.
– Czy zrobiłam coś nie tak? Mam wrażenie, że… że pani mnie nie lubi.
Przez chwilę milczała, a potem wzruszyła ramionami.
– Nie chodzi o to, że cię nie lubię. Po prostu… Marek to mój jedyny syn. Zawsze miałam wobec niego plany. Chciałam dla niego kogoś… innego.
– Innego? – powtórzyłam cicho.
– Kogoś z naszej parafii. Kogoś… bardziej poukładanego. Ty jesteś… inna.
Zabolało mnie to bardziej niż wszystkie wcześniejsze uwagi razem wzięte. Wyszłam z kuchni i przez kilka dni unikałam tego domu jak ognia. Marek widział, że coś jest nie tak, ale nie potrafił mi pomóc.
W końcu wybuchłam podczas jednej z naszych kłótni:
– Dlaczego zawsze muszę udowadniać twojej matce, że jestem wystarczająco dobra? Dlaczego nigdy nie staniesz po mojej stronie?
Marek milczał długo, a potem powiedział tylko:
– To moja mama…
Te słowa były jak zimny prysznic. Zrozumiałam wtedy, że on nigdy nie wybierze między nami – zawsze będzie stał gdzieś pośrodku.
Zaczęłam zastanawiać się nad swoim miejscem w tej rodzinie. Czy warto walczyć o akceptację kogoś, kto nigdy nie będzie chciał mnie zaakceptować? Czy miłość do Marka wystarczy, by przetrwać te wszystkie upokorzenia?
Minęły miesiące. Relacje z Danutą nie poprawiły się ani trochę. Czasem miałam wrażenie, że ona wręcz czerpie satysfakcję z mojej bezradności. Zaczęłam coraz częściej myśleć o wyprowadzce – o życiu bez tego ciągłego napięcia.
Pewnego wieczoru usiadłam przy oknie i zaczęłam pisać w dzienniku:
„Może nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. Może nigdy nie będę częścią tej rodziny tak naprawdę. Ale czy to znaczy, że jestem gorsza? Czy warto poświęcać siebie dla czyjejś akceptacji?”
Czasem zastanawiam się: ile jesteśmy w stanie znieść dla miłości? I czy naprawdę musimy zawsze walczyć o cudzą sympatię – nawet kosztem własnego szczęścia?